Blog > Komentarze do wpisu
2012, czyli biedny Gordon

W ramach weekendu bez dziecka (no dobra - piątkowego wieczoru i niedzieli bez dziecka) odrabialiśmy zaległości filmowe. W piątek zaczęliśmy hucznie od "2012" zgodnie z dewizą "zobacz ten film w kinie, albo wcale".

Oczywiście na "2012" nie idzie się po to, by cieszyć się spójnością i logiką, aczkolwiek przyznam, że pod względem logiki, a raczej jej braku, film chyba idzie dalej od "Dnia niepodległości" i "Pojutrza". I nawet nie mówię o "zmutowanych neutrinach" czy jakiejkolwiek innej (pseudo)naukowej podbudowie zagłady Ziemi, ale o prostą logikę na poziomie rozwoju fabuły. Po prostu ani ludzkie działania, ani nagromadzenie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności jakiegokolwiek sensu w sobie nie mają. Do tego dorzućmy bohaterów papierowych, fakt, ale tak bezceremonialnie traktowanych przez twórców, że to chyba ewenement. Weźmy Gordona, chirurga od cycków. Słyszymy, że w gruncie rzeczy fajny z niego gość, syn przybrany go lubi i w ogóle. No i koleś daje radę. Ale na koniec... O rany, nikt nawet łezki po nim nie uroni... Ani nawet w jego śmierci nie ma śladu heroizmu. I wszyscy o tym fajnym gościu szybciutko zapominają. Dla dobra spójności rodziny, jak sądzę.

(Dygresja: chciałem tu wrzucić fotkę Gordona z filmu, ale ni cholery żadnej nie mogłem znaleźć. Biedny gość, jak ci Hindusi.)

Ale w sumie nie o sens przecież chodzi. Chodzi o rozpierduchę. Która jest. Która bywa niezła, jak choćby w scenach rozwałki Los Angeles czy Yellowstone (Vegas już było leciutkim rozczarowaniem). Problem w tym, że Emmerich robi to po praz kolejny - źle konstruuje film. W "Dniu niepodległości" najpierw mieliśmy piękne sceny rozwałki miast, a w drugiej połowie już tylko spadające statki. W "Pojutrze" najpierw mieliśmy niszczące tornada i zalewające wody, a drugiej połowie już tylko mróz. I źle jest też w "2012", w którym najpierw oglądamy sceny niszczenia całej planety, by kończyć film... "Tragedią Posejdona" w wersji prawie kameralnej. To już nie można było w wielkim finale przynajmniej Księżyca zrzucić na Ziemię? Tak dużo wymagam?

 

poniedziałek, 30 listopada 2009, konrad_wagrowski

Polecane wpisy

  • Stanlemian

    "Głos Lema" zacząłem czytać (po znajomości) od opowiadania Wojtka Orlińskiego . Jest niezłe - ale nie ze względu na wątek Lemowski (wpisany tu w formie edukacy

  • Ziarno prawdy

    Nowy Miłoszewski całkiem, całkiem - broni się i jako dobra historia kryminalna (w której czytelnik może snuć teorie, a i tak zostanie zaskoczony) i jako barwny

  • "Nadchodzi" - gęsta proza historyczno-fantastyczna

    Zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego „Nadchodzi” prezentuje tylko jeden premierowy tekst i cztery wcześniej opublikowane. Tym niemniej warto się

Komentarze
popkuriozysta
2009/12/01 08:17:44
mało rozmachu w finale? no przecież statki kosmiczne były: popkuriozum.blox.pl/2009/11/Apokalipsa-wedlug-Mossakowskiego.html
-
2009/12/01 20:46:51
A skojarzyłeś, że Gordon, chirurg od cycków, to reżyser "Dróżnika" i "Spotkania"? Pewnie dzięki rolom w takich gniotach jak "2012" zarabia na kręcenie swoich fajnych filmów :-).
-
2009/12/02 03:09:22
A zauważyliście, że role intelektualistów obsadzają czarni?

W 1996 roku w "Dniu niepodległości" Will Smith grał everyman'a, ojca rodziny z amerykańskich przedmieść na którego oczy wszystkich zwrócone są pod koniec filmu. W "2012" tego everymana gra wymoczkowaty Cusack. Pokazuje to przy okazji ładnie, że brakuje w najnowszym filmie bohatera z charyzmą i zabawnymi one-linerami.

W "Dniu..." prezydentem był Bill Pullman. Teraz gra go Danny Glover.

Dobrym naukowcem odkrywającym zagrożenie kiedyś był Jeff Goldblum. W 2009 roku naukowcem jest Chiwetel Ejiofor.

Takie czasy
-
2009/12/02 22:21:52
@A zauważyliście, że role intelektualistów obsadzają czarni?

A zauważyłeś, że też biali i żółci?

@W "Dniu..." prezydentem był Bill Pullman. Teraz gra go Danny Glover.

To rzeczywiście dziwne w czasach, kiedy prezydent USA jest czarny. Zresztą Morgan już w 1998 był prezydentem w "Dniu zagłady".

@Takie czasy

Ale to jest sarkastyczne, pesymistyczne czy jakie? Bo brzmi, jakbyś sądził, że czarni się nadają tylko do rapu i NBA.
-
2009/12/03 09:55:01
@A zauważyłeś, że też biali i żółci?

Zauważyłem. Ale to czarni mają więcej czasu ekranowego.

To rzeczywiście dziwne w czasach, kiedy prezydent USA jest czarny.

Ale ja nie piszę, że to dziwne w czasach, kiedy prezydent USA jest czarny. Wręcz przeciwnie. Napisałem tylko jak w porównaniu z "Dniem..." te trzy role się odwróciły. Spokojnie. Po prostu uważam, że takie filmy zawsze w fajny sposób odbijają nastroje czasu w którym powstają(1996 - zagrożenie z kosmosu, 2004 - efekt cieplarniany, 2009 - coś na wzór biblijnego potopu).

@Zresztą Morgan już w 1998 był prezydentem w "Dniu zagłady".

Ale poza tym w drużynie było więcej białych i w ogóle tu się nie da już tak fajnie porównać bo "Dzień..." ma więcej punktów wspólnych z "Armageddonem" niż z katastroficznymi flickami Emmericha.

Ale to jest sarkastyczne, pesymistyczne czy jakie? Bo brzmi, jakbyś sądził, że czarni się nadają tylko do rapu i NBA.

Przewrażliwiony jesteś na tym punkcie. To nie miało zabrzmieć ani pesymistycznie, ani sarkastycznie. A nawet osobiście wolę Ejiofora od Goldbluma i Smitha od Cusacka.

Since I have you....możesz mi troszkę rozwinąć dlaczego tak bardzo podobał "Solista"? I dlaczego w porównaniu do Jakuba Gałki z SPF(jak i wielu innych ludzi) widzisz w tym filmie(prawdopodobnie) więcej niż tylko rzecz skrojoną pod gusta akademików? Napisałeś w sumie tylko o aktorach a bardzo mnie to ciekawi.

Bo mój kolega, który jest fanem Beethovena uważa, że jego muzyka została wykorzystana w tym filmie powierzchownie i że nie tworzy żadnego znaczenia. Po prostu gra solista, gra orkiestra i tyle. Zero inwencji.
-
2009/12/03 15:50:22
@Ale to czarni mają więcej czasu ekranowego

Bzdura.

@Po prostu uważam, że takie filmy zawsze w fajny sposób odbijają nastroje czasu w którym powstają

To bardzo odkrywcze.

@Since I have you....możesz mi troszkę rozwinąć dlaczego tak bardzo podobał "Solista"? I dlaczego w porównaniu do Jakuba Gałki z SPF(jak i wielu innych ludzi) widzisz w tym filmie(prawdopodobnie) więcej niż tylko rzecz skrojoną pod gusta akademików? Napisałeś w sumie tylko o aktorach a bardzo mnie to ciekawi.

Napisałem w sumie tylko o aktorach właśnie dlatego, że uważam, że aktorzy są najmocniejszym punktem tego filmu. A poza tym jest ładnie nakręcony i tym bardziej emocjonujący, że opowiada prawdziwą historię (bez większych przekłamań z tego co wiem o prawdziwym Ayersie).

@Bo mój kolega, który jest fanem Beethovena uważa, że jego muzyka została wykorzystana w tym filmie powierzchownie i że nie tworzy żadnego znaczenia.

No więc skoro Twój kolega jest fanem Beethovena, to prawdopodobnie poszedł na ten posłuchać Beethovena. Ja fanem Beethovena nie jestem, dlatego poszedłem pooglądać Jamie'ego Foxksa i Roberta Downeya, których fanem jestem.