RSS
środa, 27 stycznia 2010
Trzy obrazy grozy

Zanim się zbiorę, by napisać o "Nostalgii anioła" (co wymaga jednak namysłu), szybki wrzut niedawnych przeżyć czytelniczych. O dziwo, wszystko kręci się wokół grozy.

1. Daphne du Maurier - Nie oglądaj się teraz

Znakomite. I to właściwie nie wiem do końca dlaczego. Bo są to opowiadania bardzo różne - od w miarę czystego horroru, przez opowieść niesamowitą, teksty czysto obyczajowe, aż po w miarę klasyczne science fiction. Ale Daphne du Maurier ma świetny styl narracji, mocno wciągający, ładny język, a przede wszystkim ogromny talent do portretowania wyrazistych, ciekawych (nawet gdy nieciekawych) i prawdziwych postaci. I właśnie to chyba decyduje o tym, że połyka się te opowiadania bez wahania, a zróżnicowanie formy zupełnie nie łamie spójności całości.

Najbardziej znane jest oczywiście opowiadanie tytułowe. I tu widać świetny melanż literatury i filmu - Maurier napisała bardzo ciekawy tekst, wieloznaczny, nastrojowy, szokujący, a Nicolas Roeg potrafił jeszcze dużo do niego od siebie dodać w kapitalnym filmie.

 

2. Krzysztof Kochański - Drzwi do piekła

A tu lekkie rozczarowanie. Zbiór słabszy od wcześniejszego "Zabójcy od czarownic", różny też od niego tematycznie. "Zabójca" to głównie SF skoncentrowane na sztucznej inteligencji, "Drzwi do piekła" to dość klasyczne opowieści grozy. Poza jednak świetnym"190 zapałek" (znanym już z "Księgi strachu") i 2-3 wyjątkami większość tekstów to proste opowieści nastawione na jakąś w miarę zaskakującą woltę w końcówce. Czyta się dobrze, ale raczej do szybkiego zapomnienia.

 

3. P. Craig Russell - Koralina

Nie, nie pomyliłem się. To nie Gaiman, bo chodzi o komiks. Co ciekawe - w niczym nie gorszy od książki, wierny, opowiadający tę samą historię, ale atrakcyjny wizualnie, bardzo dobry narracyjnie i w ogóle trzeba polecić. Ale trudno się dziwić - Gaiman pisze bardzo obrazowo (w końcu to komiksowy scenarzysta), a Russell to fachowiec co się zowie. A mnie oczywiście znów najbardziej wzruszyła opowieść o ojcu i gnieździe os. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł go przeczytać mojej Koralinie.

 

wtorek, 26 stycznia 2010
Mój mąż kręci filmy

Notka o "Nine: Dziewięć" długa nie będzie , bo zwyczajnie nie mam o czym pisać. To jeden z długiej listy filmów, które obejrzałem z przyjemnościa, ale bez ekscytacji. Day-Lewis to niewątpliwie jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) aktor dzisiejszych czasów i zawsze dobrze się go ogląda. Marion Cottillard nigdy nie wyglądała piękniej (natomiast Kate Hudson zaczyna upodabniać się do mamy). Piosenki fajne i pewnie warto sobie poświęcić chwilę na seans telewizyjny, by ich ponownie posłuchać. Ale jako całość - gdy ktoś nie nagrzewa się (pozytywnie lub negatywnie) samym odniesieniem do Felliniego - raczej letnie. Zapewne dlatego, że po prostu dylematy osobiste i kryzys twórczy włoskiego reżysera sprzed lat 40. nie są tematem mogącym porwać miliony. I nawet nie chodzi mi o to, że Guido jest dupkiem - to nie przeszkadza się emocjonować. Gorzej, że jego problemy są nam po prostu skrajnie obce.

Z jednym wyjątkiem - Marion Cottillard nie tylko wygląda pięknie, ale i jej dramat jest tu najprawdziwszy, najbliższy, najlepiej zrozumiały i najlepiej ukazany.

 

14:36, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Śmierć po japońsku

Ponadrabiało się nieco zaległości filmowych ostatnio, czas coś o tym napisać. Ale może po kolei. Zaczniemy od japońskich "Pożegnań".

Nie wiem na ile wpływa na moją ocenę niekwestionowana sympatia do japońskiej kultury, ale pewnie ona zawsze podnosi ocenę filmu (tak jak u Piotrka Dobrego obecność w filmie Willa Smitha). Po prostu jest coś w scenerii, w języku, w mimice (naprawdę!), jakichś rozwiązaniach fabularnych, co automatycznie powoduje u mnie pozytywny oddźwięk. Dlatego tez nie przyłączam się do utyskiwań na Oscara dla tego filmu, bo mi się zwyczajnie podobał.

(Przy okazji - jeśli ktoś uważa, że "Pożegnania" są szczytem sentymentalizmu w opowieści o śmierci, niech sobie wrzuci "Yomighaeri: Ressurection" - tam jest dopiero łzawo!)

"Pożegnania" bowiem są przede wszystkim filmem, który NAPRAWDĘ wnosi coś do tematu śmierci. Może nie tyle samej śmierci, ile kwestii radzenia sobie z nią przez żywych. Przyznajmy - temat nie ulubiony dla filmowców. Ponury i depresyjny (weźmy choćby rodzime "33 sceny z życia"). W japońskim filmie o tej śmierci mówi się ciekawie - przez reakcje ludzi na ceremonie pogrzebowe. I te reakcje wcale nie są oczywiste, wcale nie uderzają w prostą nutę, wcale nie spłaszczają tematu, czy polewają go sentymentalnym lukierem. Są ciekawe i zmuszają do refleksji. Przynajmniej mnie.

Więcej - bardziej recenzencko, mniej blogowo - TUTAJ.

Przy okazji - najbardziej zirytowała mnie recenzja Łukasza Maciejewskiego chyba z "Filmu" (sprawdzić, czy nie "Przekrój"). Nie chodzi o ocenę - to oczywiste, że można mieć inną. Chodzi o samą treść i ton "recenzji", w której nie ma kompletnie żadnej próby analizy filmu, a jest nachalna autopromocja autora.

 

13:30, konrad_wagrowski
Link Komentarze (2) »
środa, 20 stycznia 2010
Nocne stuki i hałasy

Obejrzałem sobie wreszcie (z opóźnieniem) "Paranormal Activity". To bardzo prawdziwy, szczery, życiowy film. Opisuje wiele codziennych (a właściwie conocnych sytuacji), które stają się i moim udziałem.

1. Coś stuka i szeleści

Częstotliwość: regularna. W najlepszym razie oznacza przewracanie się drugi boczek, w gorszym przebudzenie, postukiwanie w szczebelki, bądź w ogóle próbę opuszczenia łóżeczka i przemieszczenia się w bliżej nieznanym kierunku. Najczęściej pokoju rodziców.

2. W środku nocy w drzwiach staje niewyraźna sylwetka.

Częstotliwość: w miarę regularna. Najcześciej obiekt badany dochodzi do wniosku, że w innym pokoju będzie więcej miejsca, cieplej i będzie można przez sens komuś przywalić nóżką w nerę, bądź wsadzić łapkę w oko. Nie certoli się pytaniem o pozwolenie zmiany miejsca nocnego wypoczynku.

3. Jakaś tajemnicza siła ściąga z ciebie w nocy kołdrę

Regularność: zależy od temperatury w pokoju. Podejście: skoro ja chcę spać bez przykrycia, to przecież wszyscy inni zapewne takoż.

4. Całą noc czujesz tuż obok jakąś obecność.

Częstotliwość: regularna. Patrz: wpisy o uderzeniu nóżką w nerę lub rączką w oko. Ale istnieje też opcja "łapki obejmujące za szyję".

5. Pół nocy ganiania zamiast snu.

Częstotliwość: Na szczęście rzadko. Ale w dobie kataru poszukiwanie kropelek, chusteczki, Fridy (nie Kahlo) i późniejszego przekonywania, że będzie łatwiej, gdy się tego wszystkiego użyje naraz, schodzą dobre 2-3h.

6. Odnajdowanie różnych przedmiotów w nietypowych miejscach.

Permanentne. Niektórych (np. własne krople do oczu) do dziś nie odnaleziono.

***

A sam film? Koledzy tetrycy zmiażdżyli go bez litości. Trochę racji w tym mieli - rzeczywiście od strony filmowej roboty jest to czysta amatorszczyzna. Ale, kurcze, jakość te spokojne sceny snu, podczas których COŚ drobnego się działo, robiły na mnie wrażenie. Po prostu granie na własnych lękach - bo przecież tego, że w mieszkaniu jest COŚ gdy my śpimy, boimy się bardziej lub mniej od dzieciństwa. No i w efekcie po filmie naprawdę bałem się zasnąć. A potem przyszły opisane wyżej stuki i hałasy...

A gdyby nie bawić się w amatorszczyznę, tylko nakręcić na podstawie "Paranormal Activity" regularny prawdziwy film, z solidnym scenariuszem, dobrym aktorstwem, ale pozostawiając nocne nagrania? Na cholerę komu w ogóle to udawanie, że "to wydarzyło się naprawdę"? Czy naprawdę ktoś jest w stanie w to uwierzyć? A zrobione serio, dobrze, z umiejętnym budowaniem napięcia "PA" mogłoby być całkiem udanym filmem. Cały czas trzymając się koncepcji "coś buszuje w nocy po domu, a my staramy się to nagrać".

 

16:26, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Elementarne, mój drogi Watsonie...

...te słowa w tym filmie nie zostały wypowiedziane. Może w sequelu? Co i tak nie zmienia faktu, że oglądanie nowego "Sherlocka" było dużą frajdą. Ale gdy się lubi Roberta Downeya jra (gratulacje za Złotego Globa!), to chyba się nie da inaczej. O filmie pisałem już szerzej, tu więc kilka zdań uzupełnienia.

Guy Ritchie nie przedobrzył. To nadal jest Holmes Conan Doyle'a, choć może nieco barwniejszy. A może nie - tylko myśmy już przywykli do wizerunku faceta w głupim kapelusiku i z fajką?

 

Tak czy inaczej wprowadzenie pojedynków bokserskich rodem ze "Snatcha" na pewno w żaden sposób postaci nie zepsuło, a raczej odkryło w niej potencjał zapowiadany przez Conan Doyle'a. Bo przecież Holmes był i bokserem, i szermierzem, a więc radzić sobie potrafił. Z kolei Watson był hazardzistą i kobieciarzem, o czym wielu twórców zapomniało, a Ritchie przypomniał. A że przy okazji przygotował nam parę naprawdę bardzo fajnych scen akcji?

 

Ja tam już nie mogę doczekać się sequela. Może być z Bradem Pittem.

14:13, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 stycznia 2010
Podsumowanie 2009 (2)

Dziś czas na podsumowanie książkowo-komiksowe. Problem w tym, że książek wiele nie udało mi się w tym roku przeczytać (zwłaszcza z nowości - uroki ojcostwa), a o komiksach, które zrobiły na mnie duże wrażenie już pisałem na tym blogu. A więc dziś tylko dwie dodatkowe pozycje.

Książka roku - "Miasto niepokoju" Dennisa Lehane

Niech was nie zmyli nazwisko autora - "Miasto niepokoju" (w oryginale jakże podobnie "A Given Day") to nie kryminał. To epicka opowieść o Bostonie z lat 1918-1920 (ze strajkiem bostońskiej policji jako motywem przewodnim), z wszystkim, co tylko można zapragnąć w takiej opowieści - gangsterami, niepokojami społecznymi, grypą Hiszpanką, ciężkimi czasami wczesnego kapitalizmu, przyjaźnią, miłością... Na dodatek kapitalnie napisane, nie pozwalające na oderwanie się od lektury. Więcej TUTAJ.

 

Komiks roku - Shaun Tan "Przybysz"

To nie do końca komiks roku, bo do tego tytułu kandydować winny również "Halloween Blues" i "Dziennik Kadeta". Ale o tamtych już pisałem na blogu, więc dziś czas na bezdymkowe dzieło Shauna Tana. "Przybysz" to komiks prześliczny. Fantastyczna alegoria naszego świata jest nowatorska, piękna i fascynująca, a prosta opowieść o losie emigranta po prostu wzruszająca. Więcej TUTAJ.

 

19:34, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 stycznia 2010
Tym razem mam wytłumaczenie + Podsumowanie 2009 (1)

Tym razem mam wytłumaczenie, czemu nie pisałem... Najpierw wyjazd, potem wirus, który najpierw złapała Karolina, potem ja od niej, no i ledwo na nogach stoję, o pisaniu z jakąś kreatywnością mowy nie ma. Ale chyba wypada jakoś rok podsumować...

Najłatwiej filmy. Dyskusja podsumowująca TUTAJ, mój stopklatkowy felieton TUTAJ, więc chyba wszystko jasne. Dorzucę więc szybką listę mojego topu:

1. Bękarty wojny

...bo nikt inny mnie w tym rok tak nie zaskoczył, rozbawił i pozostawił w osłupieniu.

2. Watchmen-Strażnicy

...bo nie spodziewałem się, że tak dobrze można zekranizować ten złożony, piękny komiks.

3. Avatar

...bo poczułem się jak 10-latek oglądający "Gwiezdne wojny"

4. Odlot

...za niesamowite pierwsze 10 minut

5. Walc z Baszirem

...za fascynującą formę i poruszającą treść

6. Stan gry

...za doskonały film w starym stylu i znów kapitalnego Russella Crowe'a

7. Dom zły

...bo od czasu "Długu" nie miałem takiego przeżycia na polskim filmie

8. Star Trek

...bo nie spodziewałem się, że można tak ożywić skostniałą serię i bawiłem się doskonale.

9. Wrogowie publiczni

...bo należę do zaprzysięgłych wielbicieli Michaela Manna i znów dostałem od niego to, czego oczekiwałem

10. Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

...bo szczerze wzruszyłem się na końcówce.

Rezerwa: Dystrykt 9, Obywatel Milk, Rewers, Milczenie Lorny, Dobry, Zły i Zakręcony, Frost/Nixon, Droga do szczęścia, Stary, kocham cię, Kac Vegas

 

12:10, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »