RSS
środa, 24 lutego 2010
Z Amazona

Korzystając z okazji (i z braku czasu) pochwalę się, co idzie do mnie z Amazona:

Dola człowiecza - cały pakiet trylogii wojennej Maskakiego Kobayashiego, który widziałem niegdyś w kiepskiej kopii z jakiegoś VHS-a, a teraz wyszło w bardzo ładnym wydaniu Criterion Collection i na dodatek po rozsądnej cenie. A za Kobayashiego to bym się dał pokroić.

Ognie polne - w ramach fazy na japońskie dramaty wojenne

Pięcioro - jeden z pierwszych w historii filmów postapokaliptycznych (z 1951), którego zawsze chciałem zobaczyć. Opowieść o kilku (zgadnijcie ilu) osobach, które przeżyły wojnę atmową.

Panika w roku zerowym/Ostatni człowiek na Ziemi - w ramach uzupełniania klasyków postapokalipsy (a poza tym było tanio).

Kobieta-Kot (Kuroneko) - w ramach uzupełniania klasyki japońskiego kina grozy

Oczy bez twarzy - bo była okazja. :)

Fantastic Planet + Les Maitres du Temps - bo klasyczna animacja fantastyczna ma swój urok

Mario Bava Collection - bo była ładna przecena. :)

Wrażenia zapewne wkrótce.

 

17:10, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 lutego 2010
Nie wstawiam komentarzy, bo - sonda!



16:26, konrad_wagrowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 lutego 2010
Luna to surowa pani

Obejrzałem wreszcie "Księżyc" (czyli "Moon", bo o dziwo tytuł funkcjonuje częściej w oryginale). Zgadzam się generalnie z Kubą Gałką - film dobry, acz nie rzuca na kolana. Nie zgadzam się z nim pod jednym względem - to jednak jest świadectwo pewnego przełomu w SF. Przecież ten tytuł był w zeszłym roku zauważony, omawiany, zyskiwał pewien status kultowości, reżyser dostał nawet dość prestiżową BAFTĘ. Jak się spojrzy na nominacje do Nebuli, można stwierdzić, że rok 2009 dla fantastyki naprawdę był zacny. Wystawne (i fajne) "Avatar" i "Star Trek", tańsze, acz ciekawe i ambitne "Dystrykt 9" i "Moon", a na dodatek "Odlot" i "Koralina" wśród animacji. Znajdźcie mi taki komplet w ostatnich dwóch dekadach.

A sam "Moon" (kurczę, brzmi jak film o założycielu pewnej sekty)? Nie, nie ma tu głębi "Odysei" (nawiązania do niej są wręcz nachalne - od scenerii, poprzez odwórcenie roli HALa 9000, aż po kopię pewnej sceny w nowym ujęciu) czy nawet "Solaris". Ale jest pewien ważny i popularny dylemat - co zrobisz, gdy dowiesz się, że całe twoje życie to fałsz (niczym "Toy Story" :) ) - ubrany w zupełnie nowe szaty. Do tego ładnie rozegrane zostaje spotkanie z samym sobą - temat do tej pory bardzo w filmowym SF omijany. Nie ma w tym może rozmachu perypetii Ijona Tichego z "Dzienników gwiazdowych", ale konsternacja, obawa, wreszcie granie na różnych relacjach jest tu bardzo ładnie zaakcentowane. Swoją drogą, jedyny film, w którym współpracaują ze sobą dwa klony tej samej osoby to "Aeon Flux". Ktoś pamięta ten genialny odcinek?

Siłą "Moon", poza owym klasycznym, odbiegającą od współczesnych tendencji klimatem retro SF, jest taki ogólne, przenikające cały film poczucie desperacji i beznadziei. Tu nie ma zwycięzców, ba! tu nie ma nawet koncepcji na sukces, której mógłby uchwycić się widz. Bo co Sam miałby z tego, że wróci na Ziemię? Niewiele więcej niż Roy Batty.

A Sam Rockwell rzeczywiście bardzo dobry.

 

16:56, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lutego 2010
A po co?

Jutro coś więcej, dziś więc tylko krótki dialog domowy:

- Tata, co robisz?
- Sprzątam.
- A po co?
- Żeby było czysto?
- A po co?
- Karolina, jeśli jeszcze raz powiesz "a po co?", to tata zwariuje.
- Tata zwariuje?
- Tak.
- A po co?

 

10:10, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2010
Na szybko spisane (1)

Tym cyklem mam zamiar maskować permanentne braki czasu na pisanie sążnistych i głęboko merytorycznych notek. Czyli krótko o wszystkim:

Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła

Czytałem z zapartym tchem. Rzecz solidna obszerna, nie zajmująca się streszczeniami powszechnie znanych filmów, ale koncentrująca na faktach, ciekawostkach (bardzo dobrych) związanych z ich produkcją. Do tego arcyciekawy bonus - streszczenia scenariuszy niezrealizowanych. Bardzo, bardzo ciekawe.

Genua. Włoskie lato

Obejrzane z opóźnieniem i... nie wiem, co mam myśleć. Mam wrażenie, że ten chaotyczny, rwany styl Winterbottoma nie sprawdza się do końca w filmie o radzeniu sobie z rodzinną traumą. W sumie były momenty wzruszające, ale też poczucie lekkiego zmarnowania tematu.  Faktem jest, że sama Genua pokazana bardzo ciekawie, czasem ciepło, czasem bardzo niepokojąco. Czuć w tym jakąś duszę, osobistę dotknięcie doświadczonego twórcy. Rzecz zapewne warta ponownego seansu... za kilka lat.

 

 

Marcin Ciszewski - Major

A tu piszę w trakcie (mniej więcej 1/3 lektury). Marcin Ciszewski dużo ryzykuje - wchodzi ponownie do tej samej rzeki. Niby historię o wyprawie wojskowej w przeszłość domknął w dwóch tomach www.1939.com.pl i www.1944.waw.pl, ale teraz robi... nie sequel, nie prequel, lecz historię umieszczoną w tym samym wszechświecie, ale pomiędzy tamtymi dwoma książkami. Już mi się podoba, że autor myśli nad zmianami spowodowanymi podróżą w czasie i paradoksami, ale jeśli nie będzie do końca solidnej bitwy między technologią 2007 i 1943, to z pewnością będę rozczarowany. W każdym razie Ciszewski umie budować napięcie, więc zaraz będę dalej czytał.

 

Wrota do piekieł

A na koniec rozczarowanie. Nowy film Sama Raimiego się ładnie, energicznie rozkręca, w sumie fajnie kończy, ale poza tym epatuje najgorszymi horrorowymi chytami z nagłym hałasem i wyłażącymi robalami na czele.

15:24, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 lutego 2010
Leć, Adam, leeeeeeć!

I pomyśleć, że poniższy felieton dla Stopklatki napisałem 3 lata temu:

Po prostu nie może być inaczej - kolejny sukces Adama Małysza musi zostać wreszcie zauważony przez rodzimą kinematografię. Nie takie sukcesy doczekały się filmów za oceanem, a przecież, jak wiemy, mało jaki bohater amerykańskiego sportu może się równać popularnością z naszym Orłem (przy zachowaniu odpowiednich proporcji ilościowych, rzecz jasna). Po różnych nie do końca udanych przedsięwzięciach polskiej kinematografii, zamiast zamęczania widzów kolejnymi komediami romantycznymi, komediami gangsterskimi czy dramatami historycznymi (na które wkrótce ma przyjść moda), zamiast rozpaczliwych prób nawiązania do legendy Stanisława Barei (o tym napiszę szerzej w następnym felietonie, czekając aż opadnie piana i wszyscy zobaczą jaki jest ten "Ryś" na miarę naszych czasów), proponuję dla odmiany film o Orle z Wisły. Ponieważ życie naszego Mistrza nie dostarcza materiału, z którego dałoby się zrobić film naprawdę dramatyczny i poruszający, niezbędne będzie wprowadzenie pewnych nie do końca mających pokrycie w rzeczywistości faktów i stworzenie obrazu w stylu amerykańskim, według najlepszych schematów kina sportowego.

Film powinien rozpocząć się krótkim prologiem obrazującym trudne dzieciństwo Małysza. Młody dzieciak chodzi co dzień pod górkę, przy zawiei i zamieci nieprzerwanie bijącej w twarz na treningi narciarskie, bo to jego jedyna pasja i szansa na wyrwanie się z szarości codziennego życia w ponurej Wiśle. Widzimy chłopca w podartych butkach, brnącego przez śnieg. Z tornistra wystają mu narty, które wujek wystrugał ze sztachet z pobliskiego płotu...

Kilkanaście lat później. Małysz osiąga niespodziewany sukces, zwyciężając swojego Największego Rywala. W zależności od aktualnej sytuacji politycznej można wprowadzić tu dwie wersje. Antagonistyczna - rywalem jest zarozumiały Niemiec, proeuropejska - sympatyczny Szwajcar, prywatnie przyjaciel Adasia. Po zaskakującym zwycięstwie wszyscy wpadają w euforię. Tu przychodzi wreszcie czas na pewne odstępstwa od faktów w scenariuszu - pisałem jednak w poprzednim felietonie, że wolno tak robić dla dobra filmowej opowieści. Małysz szaleje. Przestaje mówić o "dwóch dobrych skokach", zaczyna się puszyć, rozochocony sukcesami i popularnością. Panienki, alkohol, te sprawy. Nadchodzą wreszcie następne mistrzostwa, Adam jest tym razem zdecydowanym faworytem. Niestety, jego występ to katastrofa - pijany, chwieje się na skoczni, skok kończy się upadkiem, przegrywa nie tylko z reprezentantami Korei i Sudanu, ale nawet z Robertem Mateją. Relacja telewizyjna pokazuje z bolesną szczerością wstydliwe fakty. Wszyscy się od dawnego mistrza odwracają, narzeczona go porzuca (narzeczona lepiej pasuje do tej opowieści od żony, stąd kolejna drobna zmiana), media wykpiwają.

Małysz przeżywa załamanie, zostaje zapomniany i odtrącony. Spędza czas w zapomnianym przez Boga, ludzi i trenera Tajnera barze w Wiśle nad kufelkiem piwa, przepijając do lokalnych meneli (którzy go oczywiście nie rozpoznają) i patrząc na leżące bezładnie pamiątki po nim (czapeczki, figurki, kartki pocztowe, naturalnej wielkości rzeźba z białej czekolady - sam widziałem w Wiśle w zeszłym roku!). Pewnego dnia podchodzi do niego starszy mężczyzna. Okazuje się on być Starym Mistrzem, który również stracił sens życia i na lata zamieszkał pośród owiec na hali - niestety w tym filmie bez drugiego pasterza w kowbojskim kapeluszu. Stary Mistrz wie, że Małysz był talentem co się zowie - ciężko nad nim pracując, przywraca wiarę. Rozpoczyna się nietypowy trening. Obserwujemy szereg przebitek na Małysza ćwiczącego skoki na bungee, biegającego na nartach po plaży i trenującego telemark na deskorolce. W tle pompatyczna muzyka Piotra Rubika.

Przychodzą zawody, ale nikt w Małysza nie wierzy. Mimo wszystko Adam startuje wyśmienicie. Zaskoczeni bywalcy baru rozpoznają w telewizorze swego dawnego kompana. Po pierwszym skoku sytuacja jest wyrównana, jednak z lekka przewagą Największego Rywala. Małysz na widowni dostrzega dawno nie widzianą narzeczoną. To daje mu dodatkową energię - pomimo tego, że w drugim skoku w locie gubi nartę, ląduje i tak najdalej ze wszystkich, choć tylko na jednej nodze. Znowu mistrz!

Ostatnie ujęcia. Małysz z narzeczoną odchodzą na nartach w kierunku zachodzącego słońca (ze względu na konieczność podchodzenia "choinką" odrobinkę przypomina to Charliego Chaplina). Stary Mistrz patrzy na nich z cieniem uśmiechu, po raz pierwszy od lat na jego twarzy.

W roli Adama Małysza wystąpi oczywiście jedyny kandydat do tej roli - Artur Barciś. Lekki komputerowy lifting wydaje się tu być jednak niezbędny. Jako narzeczona Małysza pojawi się nie gardząca bardziej komercyjnymi rolami Agnieszka Grochowska. Rywalem Małysza będzie oczywiście Paweł Małaszyński, dzięki któremu na ten męski film do kin przyjdzie również liczna reprezentacja pań. Piotr Fronczewski w roli komentatora Szaranowicza wprowadzi do tego poważnego obrazu mały comic relief, opowiadając cały czas o "problemach z wiatrami". Wielkim powrotem, nagrodzonym nie tylko nominacją do Oscara, ale i nagrodą w Gdyni za rolę drugoplanową będzie kreacja Bogusława Lindy jako Starego Mistrza. Krzysztof Kowalewski pojawi się w roli trenera Apoloniusza Tajnera, a Henryk Gołębiewski przedstawi perypetie z wybiciem z progu i nie tylko, odtwarzając rolę Roberta Matei. Miłym akcentem dla miłośników seriali będzie rola braci Mroczków jako Wojciecha i Tomisława Tajnerów. Nie może też zabraknąć Cezarego Pazury, Pawła Wilczaka i Olafa Lubaszenki jako bywalców wiślańskiego baru.

Nie zamykamy sobie szansy na sequele. W ostatnim z nich 60-letni Małysz, aby odzyskać szacunek dla samego siebie, oddaje ostatni skok ze skoczni mamuciej. Kamera - na wzór "Butcha Cassidy'ego i Sundance Kida" - zatrzymuje go w locie. Zbliżenie na siwy już wąs...

***

Ten nienajmądrzejszy chyba felieton (ale momentami śmieszny - w każdym razie dla mnie) jest efektem zbyt dużej dawki euforii po sukcesie na mistrzostwach w Sapporo i filmową zabawą dorabiania prawdy do kinowych stereotypów przeszczepianych niejednokrotnie nieudolnie na rodzimy grunt. Oczywiście nie jest moim zamiarem naśmiewanie się z Adama Małysza. Ten gość jest zaprzeczeniem stereotypu polskiego sportowca - zawsze wielki, podnoszący się po porażkach (nie takich jak w filmie rzecz jasna), od wielu lat w światowej czołówce, ale zawsze tak samo rozsądny i zrównoważony. Wielki, wielki szacun.

***

A dziś chyba można jedynie powtórzyć te słowa.

22:29, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 lutego 2010
Ona już to robi!

Po tygodniu przerwy spowodowanym zawirowaniami, jakie generuje gorączka 41 stopni w wykonaniu najmniejszego z domowników, czas podtrzymać życie bloga stwierdzeniem jakże na czasie, że komiks "Baby Blues: Ona już to robi" w wielu kwestiach nad wyraz trafnie opisuje perypetie młodych rodziców. No, może poza tym, że zupełnie mnie nie obchodziło to, czy pieluszki jednorazowe zanieczyszczają środowisko. Ale poza tym całkiem trafne, dowcipne, a czasem i mocno refleksyjne. Więcej TUTAJ.

 

Tagi: komiks
16:15, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010
Niemcy w kosmosie

Właśnie spełniło się jedno z moich dziecięcych marzeń - moje nazwisko pojawiło się w najnowszym numerze "Nowej Fantastyki". Kamil Ś. opublikował mi lekki, acz chyba sympatyczny artykulik o niemieckich reżyserach fantastyki (brzmi prawie jak "legendarni żydowscy bejsboliści" - pamiętacie z czego to?). No i muszę przyznać, że żadna publikacja, nawet w tych większych i bardziej znanych mediach nie sprawiła mi większej frajdy niż ta. :)

 

A oto wyimek z artykułu:

Gottfried Kolditz

Powiązany z DEFA Gottfried Kodlitz zasłynął głównie enerdowskimi westernami, ale fantastyczny dorobek ma niemały, bo zamykający się w liczbie dwa. Najpierw były „Sygnały MMXX” (1970) (literki oznaczają tu rok 2020 – to już za 10 lat!), film, który miał być rzetelnym zapisem misji kosmicznej, a stał się w miarę efektownym nudziarstwem (ale ze śliczną naszą Ireną Karel), w którym pewne emocje budzą się dopiero w ostatniej fazie akcji ratunkowej wobec uszkodzonego statku. Produkt raczej zimny w odbiorze, w przeciwieństwie do kolejnego filmu SF Kolditza – nieprawdopodobnego „W pyle gwiazd” (1976).

Zaskakuje, że ten film nie jest do tej pory stawiany obok „Rocky Horror Picture Show” jako wcielenie fantastycznego campu. Być może wiąże się to z faktem, że jest nieco za mało znany, być może dlatego, że camp jest tu raczej niezamierzony. Fabuła (mało istotna) mówi o wyprawie astronautycznej, która na obcej planecie ma zbadać przyczyny wysłania sygnału SOS. Tam znajduje hedonistycznie nastawionych do życia tubylców, którzy okazują się być Złowrogimi Oprawcami. Na ich czele stoją ludzie z fryzurami „na enerdowskiego piłkarza” – z tyłu grzywa i wąsy na przedzie. Gwardia zaskakuje strojami – siatkowymi podkoszulkami zakładanymi na owłosione klaty i lateksowymi krótkimi spodenkami. Czołowy Złoczyńca przez większość filmu przechadza się w szlafroku. Orgia przypomina enerdowską dyskotekę, ale film też zapewni widzom ujęcia nagiego kobiecego ciała w czasie długiego kosmicznego prysznica. A w tym wszystkim jeszcze nasz Leon Niemczyk w roli wesołego astronauty. To trzeba zobaczyć!

Reszta oczywiście w lutowej "Nowej Fantastyce".


11:11, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 lutego 2010
"Avatar" po raz wtóry

Wybrałem się w weekend ponownie (tym razem z żoną) na "Avatara". Wrażenia? Bardzo dobre.

 

Po pierwsze - tam gdzie wydawało mi się, że film będzie się dłużył (środkowe sekwencje z nauką Jakesully'ego) nic takiego nie miało miejsca. W tym okresie po prostu nie śledziłem fabuły, a rozkoszowałem się smaczkami wizualnymi i różnymi ciekawostkami. Zauważyliście, że awatary mają jeden palec więcej od Na'vi? Zauważyliście, że Neytiri ma przekłute uszy? Zauważyliście, że Michelle Rodriguez ma muskularne ramiona, czym ładnie wpisuje się w tradycję Sarah Connor (T2) czy sierżant Vasquez (Aliens) (patrz niżej).

Początek i finał bawiły równie dobrze. Doceniłem pomysły "jak siły przyrody w postaci sześciometrowych smoków radzą sobie z technologią przyszłości". Doszedłem też do wniosku, że scena pierwszego przebudzania Jake'a w ciele awatara ma w sobie niesamowitą moc i jest naprawdę przemyślana. Spodziewamy się, że coś pójdzie źle, że coś się zepsuje, będzie jakiś konflikt - a otrzymujemy bardzo fajny wyraz nieopanowanej radości z odzyskania możliwości ruchu. Śliczna scena.

Bardziej uderzyły mnie aluzje polityczne - czyli "gdy siedzą na czymś, na czym na zależy, nazywamy ich wrogami" i "we will fight terror with terror", choć oczywiście nie czyni to z filmu jakiegoś głębszeo traktatu. Ale to - w połączeniu z bardzo udaną rolą Giovanniego Ribisiego - bardzo wyraziste credo.

Coś mi się nie podobało? Owszem. Muzyka Hornera. Stwierdziłem, że jest nie tylko nudna, ale i nie trafiona. Liczne etniczne motywy zupełnie niepotrzebnie "uczłowieczają" Na'vi, nadając im właśnie taki indiańsko-murzyński, ziemski rys. W pewnym momencie poczułem jedną nutkę, która mogła pociągnąć muzycznie film w kierunku właściwszym - muzyki elektronicznej - ale zaraz wszystko wróciło do Hornerowskiej monotonii.

Ale poza tym - nadal bomba.

 

14:45, konrad_wagrowski
Link Komentarze (3) »