RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009
2012, czyli biedny Gordon

W ramach weekendu bez dziecka (no dobra - piątkowego wieczoru i niedzieli bez dziecka) odrabialiśmy zaległości filmowe. W piątek zaczęliśmy hucznie od "2012" zgodnie z dewizą "zobacz ten film w kinie, albo wcale".

Oczywiście na "2012" nie idzie się po to, by cieszyć się spójnością i logiką, aczkolwiek przyznam, że pod względem logiki, a raczej jej braku, film chyba idzie dalej od "Dnia niepodległości" i "Pojutrza". I nawet nie mówię o "zmutowanych neutrinach" czy jakiejkolwiek innej (pseudo)naukowej podbudowie zagłady Ziemi, ale o prostą logikę na poziomie rozwoju fabuły. Po prostu ani ludzkie działania, ani nagromadzenie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności jakiegokolwiek sensu w sobie nie mają. Do tego dorzućmy bohaterów papierowych, fakt, ale tak bezceremonialnie traktowanych przez twórców, że to chyba ewenement. Weźmy Gordona, chirurga od cycków. Słyszymy, że w gruncie rzeczy fajny z niego gość, syn przybrany go lubi i w ogóle. No i koleś daje radę. Ale na koniec... O rany, nikt nawet łezki po nim nie uroni... Ani nawet w jego śmierci nie ma śladu heroizmu. I wszyscy o tym fajnym gościu szybciutko zapominają. Dla dobra spójności rodziny, jak sądzę.

(Dygresja: chciałem tu wrzucić fotkę Gordona z filmu, ale ni cholery żadnej nie mogłem znaleźć. Biedny gość, jak ci Hindusi.)

Ale w sumie nie o sens przecież chodzi. Chodzi o rozpierduchę. Która jest. Która bywa niezła, jak choćby w scenach rozwałki Los Angeles czy Yellowstone (Vegas już było leciutkim rozczarowaniem). Problem w tym, że Emmerich robi to po praz kolejny - źle konstruuje film. W "Dniu niepodległości" najpierw mieliśmy piękne sceny rozwałki miast, a w drugiej połowie już tylko spadające statki. W "Pojutrze" najpierw mieliśmy niszczące tornada i zalewające wody, a drugiej połowie już tylko mróz. I źle jest też w "2012", w którym najpierw oglądamy sceny niszczenia całej planety, by kończyć film... "Tragedią Posejdona" w wersji prawie kameralnej. To już nie można było w wielkim finale przynajmniej Księżyca zrzucić na Ziemię? Tak dużo wymagam?

 

15:32, konrad_wagrowski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 24 listopada 2009
Chciałbym być Jamesem Bondem!

Dotarł wreszcie do mnie "Bond. Leksykon" autorstwa Kamila Śmiałkowskiego, z moimi dwoma esejami - o "Goldfingerze" i "GoldenEye". Przeczytałem, podobają mi się nadal. :) Z okazji pierwszej w życiu publikacji książkowej (małej, bo małej, ale zawsze) okolicznościowa piosenka:

A sama książka całkiem ciekawa, że tak absolutnie obiektywnie stwierdzę. Choć pewnie w kolorze wyglądałaby ładniej. Pewnie do poduszki sobie dziś poczytam, co napisali inni.

15:51, konrad_wagrowski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 listopada 2009
Seriale, nowe seriale

W ramach oczekiwania na finałowy sezon "Lost", wieczory staram się zapełniać nowymi serialami. Na razie padło na remake "V" i "Flashforward". Co ciekawe - oba łączą się z "Lostem" aktorkami, grającymi główne postacie - czyli Juliet Burke i Penny Widmore.

Mówiąc o "V", oczywiście nalezy zacząc od pierwowzoru. To był dla mnie ogromny hit lat 80. - rzecz z rozmachem, z ciekawymi bohaterami, dynamiką, napięciem. Miało oczywiście swoje bzdurności (dość liczne) - po co właściwie Goście zakładają te sztyczne twarze, gdy już zostali zdemaskowani (oczywiście po to, aby było taniej z chcrakteryzacją aktorów), jaki jest sens w przelatywaniu lat świetlnych, by zdobyć trochę wody, no i cały koncept międzygatunkowego "gwiezdnego dziecka" był kompletnie chybiony. Ale pomimo tego były i pościgi, i strzelaniny, i piękne kobiety. To się oglądało!

 

Po dwóch odcinkach remake'u na razie trudno mi coś powiedzieć poza stwierdzeniem zaskakującego faktu - serial ma dużo mniejszy budżet niż ten sprzed ćwierćwiecza! Nie ma pościgów, nie ma strzelanin, nie ma tłumów statystów - wszystko to jakieś kameralne, bardziej jak "Z Archiwum X" niż kręcona z rozmachem historia inwazji z kosmosu. To oczywiście serialu nie skreśla, może da się utrzymać napięcie, może da się uniknąć większych bzdur (co prawda uczucie Gościa do ludzkiej kobiety brzmi już dziwnie....), ale jednak szkoda... Ciekawe jest natomiast połączenie "V" z "Najeźdźcami" - oni są tu, wśród nas. Od dawna. Zobaczymy, kolejne raporty wkrótce.

 

"Flashforward" natomiast na razie mam na etapie pilota. Niezłego, mocno zachęcającego pilota. Był tu porządny serialy rozmach (czuło się tą ogólnoświatową hekatombę, gdy wszyscy ludzie na 2 minuty stracili świadomość), jest - tak jak i w "Lost" - połączenie ogólnej historii o dużej skali z szeregiem losów jednostkowych. Mamy dość ciekawych bohaterów (Joseph Fiennes przestał wyglądać jak wymoczek!), wreszcie finałowa scena odcinka, z postacią przechadzającą się wśród dziesiątek nieprzytomnych, budziła przyjemnie ciary na plecach. Oby tak dalej.

 

11:22, konrad_wagrowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 listopada 2009
Dwa lata to początek końca?

"Wszystkie dzieci – oprócz jednego – dorastają. Szybko dowiadują się, ze będą kiedyś dorosłe, a Wendy dowiedziała się o tym tak:
Kiedy miała dwa lata, bawiła się pewnego dnia w ogrodzie: zerwała kwiatek i pobiegła z nim do swojej mamy. Przypuszczam, że musiała wyglądać zachwycająco, bo pani Darling położyła rękę na sercu i zawołała:
- Ach, dlaczego nie możesz pozostać taka na zawsze?!
To było wszystko, co sobie powiedziały, ale od owej chwili Wendy wiedziała, że musi dorosnąć. Zawsze się o tym wie, kiedy ma się już dwa lata. Dwa lata to początek końca."

James Matthew Barrie „Piotruś Pan”


11:43, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 listopada 2009
"Wroniec" orła nie pokona?

Rozpisałem się dłużej o "Wrońcu" Dukaja, ale nie napisałem jednej rzeczy - która rzeczywiście może nie interesuje odbiorców recenzji, ale dla mojego odbioru książki była istotna. Otóż, "Wroniec" zyskuje w użytkowaniu. Przyznam, że początek był ciężki - załapanie konwencji nie przychodzi od razu. Zwłaszcza, że Dukaj zaczyna quasi realistycznie, by po kilku stronach, prawie bez ostrzeżenia, wprowadzić tytułowego Wrońca i zmienić zupełnie konwencję na baśniową fantasmagorię (tak, nie od razu załapałem, że to gorączkowe majaki dzieciaka, który się nasłuchał różnych rzeczy od rodziców). Potem zabawy słowne, aż wreszcie... chwyta. Zaczynam czytać "Wrońca" coraz lżej (w czym pomaga rytmika, piosenki i kapitalne ilustracje) i zaczynam dostrzegać "dorosłe" tło - prawdziwe, realne dylematy leżące pod tą opowieści i to nie w ujęciu polityczny, historyczny, ale jak najbardziej jednostkowym. I w efekecie kolejna lektura "Wrońca" jest już samą przyjemnością.

A z drugiej strony, przeczytane komentarze pod wywiadem w Dużym Formacie uzmysłowiły mi, że Jacek może z tą książką nie mieć lekko...

 

12:07, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009
My name is Bond. Leksykon Bond.

W ramach słusznej autopromocji pozwolę sobie zwrócić uwagę na niedawno wydany przez Wydawnictwo Pascal "Bond. Leksykon". W książce oczywiście popisuje się bondowską erudycją Kamil M. Śmiałkowski, ale poza nim jeszcze 12 innych autorów pisze swe eseje. Ze swojej strony w szczególności polecam te poświęcone "Goldfingerowi" i "Goldeneye". Innych zresztą na razie nie czytałem. :)

 

 

14:53, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 listopada 2009
Kanon grozy ma braki, ale co ja na to poradzę?

Zakończyliśmy wspólnymi siłami wielki kanon grozy. Wyszło - moim nieskromnym zdaniem - naprawdę nieźle. Wybór filmów nieoczywisty, szeroki, przekrojowy zarówno w zakresie podgatunków, jak i geografii. Co oczywiście nie zmienia faktu, że nikomu się nie spodoba, bo każdy znajdzie film, którego nie znajdzie, albo zobaczy, że pozycja X jest wyżej od pozycji Y, a powinno być odwrotnie. Tak dla jasności - ja też nie jestem zadowolony. Niestety moje koleżanki i koledzy postanowili utopić dwie pozycje, które bez dwóch zdań w kanonie znaleźć się powinny.

Oto one:

11:16, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 listopada 2009
Żmija - i co ja mam właściwie powiedzieć?

Może powiem najpierw, że od dziś codziennie jedna notka. Może z przerwami na dni, kiedy nie będę miał czasu. :)

Dzisiaj więc "Żmija" Sapkowskiego. Hmmm...

Z jednej strony - tyle lat czekania i tylko tyle? Dwieście pare stron opowieści, która mogłaby być początkiem czegoś większego, a sam autor się odżegnuje od kontynuacji, sugerując, że może komuś temat odsprzedać?

Z drugiej strony - tradycyjnie, jak zwykle u Sapkowskiego, czytało mi się to dobrze. Połknąłem całość w pociągu relacji Warszawa-Kraków i wcale nie pośpiechu, a na dodatek dopchnąłem jednym opowiadaniem Kochańskiego. Oczywiście, z jednej strony dlatego, że "Żmija" jest krótka, ale z drugiej - do samej lekkości stylu Sapkowskiego nadal nie można się przyczepić.

No i potencjał był. Bo przecież temat relacji człowiek-wojna w dzisiejszych czasach jest cały czas na topie. Może trzeba było się w niego zagłębić? Może uczynić z wojny Macedończyków i Anglików równoprawne wątki? Takie trzy przeplatające się historie? Na pewno nie zawadziłoby.

Potencjał był...

 

11:18, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »