RSS
piątek, 26 marca 2010
You talkin to me?!

 

Gdy 25 lutego 2007 roku Martin Scorsese wychodził na scenę, by odebrać Oscara za najlepszy film i najlepszą reżyserię, którego wręczało mu trzech starych kumpli - Spielberg, Lucas i Coppola, większość kinomanów miała uczucia raczej mieszane. Z jednej strony mało który twórca w ciągu ostatniego trzydziestolecia zasługiwał bardziej na tę nagrodę niż ten niewysoki nowojorczyk włoskiego pochodzenia. Z drugiej jednak strony "Infiltracja" to jeden z mniej wyróżniających się filmów w dorobku Scorsese, a z pewności film w małym stopniu autorski, osobisty, w którym byłoby czuć szczere zaangażowanie słynnego reżysera. "Infiltracja" to wszak towar zaimportowany, remake hongkońskiego przeboju (wyraźnie mu ustępujący). Raczej więc był to gest skruchy Akademii, która, świadoma swoich błędów, czekała na pierwszą okazję, by nagrodzić Martina Scorsese. Twórca ten bowiem o Oscara się ocierał już wielokrotnie, a kilka decyzji Akademii w najlepszym razie można nazwać kompromitacją, a w najlepszym razie skandalem.

Przy okazji premiery "Wyspy tajemnic" pozwoliłem sobie napisać obszerny artykuł na temat Martina Scorsese. Resztę tekstu znajdziecie TUTAJ.


13:54, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 marca 2010
Najstraszniejszy horror w dziejach

W sobotę, podczas rodzinnego obiadu, zdarzyło mi się zobaczyć w telewizji jeden z najstraszniejszych horrorów w historii. Film, który spędzał mi sen z powiek przez lata. Ba! Nie tylko mi! Krótkie poszperanie po internecie dowodzi, że imię nasze legion.

Ciekawe, że ów straszliwy horror pokazywała w godzinach największej oglądalności telewizja dziecięca Mini Mini.

Chodzi oczywiście o ten film:

Swoją drogą ciekaw jestem, czy twórcy tego filmu dla dzieci zdawali sobie sprawę, jakiego potwora wypuszczają na wolność? Na litość, przecież te świecące oczy umieszczone w obłym kształcie, nachodzące nocą spokojne domostwo są NA-PRAW-DĘ PRZE-RA-ŻA-JĄ-CE.

Telewizyjne "Opowiadania Muminków" to osobny temat. Większość dawnych widzów ma wspomnienie niechęci wobec tego serialu, moja trzyletnia córka mówi obecnie "nie lubię tej bajki". Wygląda na to, że udało się nakręcić dzieło artystycznie ciekawe, ambitnie i kompletnie nie trafiające w swóją grupę docelową.

Karolina nie przestraszyła się jednak Buki. Za mała jeszcze, czy to już inne pokolenie?

Zostawiam Was sam na sam ze złowieszczym (a może smutnym?) spojrzeniem Buki. Miłych snów.

 

13:18, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 marca 2010
Kicz czy wyciskacz?

O "Nostalgii anioła" miałem się tu obszernieć produkować, ale skoro wyłuszczyłem w rozmowie z Piotrem wszystko, co o nim myślę, to chyba lepiej, gdy odeślę do tej rozmowy.

 

A tak w ogóle, to ostatnio coraz częściej łzy mi lecą na seansach filmowych. W ciągu ostatniego pół roku "Grobowiec świetlików", "Los człowieka", "Bunt" Kobayashiego (o rany, do teraz mnie trzyma za gardło) i właśnie "Lovely bones". Taki wiem, czy co?

14:24, konrad_wagrowski
Link Komentarze (4) »
środa, 10 marca 2010
Być jak George Clooney

Muszę przyznać, że bardzo mnie ujął "W chmurach". Może dlatego, że dotyczy wielkich korporacji, a całe moje dorosłe życie to wielkie korporacje. Może dlatego, że scenki z samolotów, hoteli, imprez firmowych jakoś tam mi się kojarzą - przynajmniej czuję ten klimat. Może dlatego, że zagrane przez naturszczyków sceny zwolnień z pracy powalały szczerością, co przecież w kinie nie jest oczywiste? Może dlatego, że jednak film jest pochwałą rodzinnego stylu życia, rodzinnego wsparcia, a nie ma idei, której bym bardziej nie chciał przyklasnąć? A może chodzi o Geogre'a Clooneya, który w filmie wygląda genialnie i już sobie na ścianie wieszam jego plakat i staram do niego upodobnić.

Fajne we "W chmurach" jest to, że w momencie gdy wydaje się, że film idzie w kierunku szatampowej końcówki (wesele), perspektywa się zmienia i otrzymujemy zakończenie dużo mniej oczywiste, dużo bardziej otwarte, jakoś tam refleksyjne, z bohaterem, który nie jest już tą samą osobą, co na początku filmu, ale nie jest też osobą zupełnie inną. Proces się rozpoczął, ale nadal może się toczyć dalej, albo zawrócić. (Jak łatwo stwierdzić, silnie nie zgadzam się więc z Wojtkiem Orlińskim, który twierdzi, że "od sceny ślubu tam się już przestaje cokolwiek dziać".)

Jedna rzecz tylko mnie dotknęła. Vera Farmiga w scenie rozbieranej wcale nie jest Verą Farmigą, tylko dublerką! I jak tu wierzyć w kino?

Ale poza tym był to jeden z tych seansów, gdy chciałem by trwał jak najdłużej.

 

Podobny, nieprawdaż?

 

13:14, konrad_wagrowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 08 marca 2010
Pogromca Avatara

Na dzisiaj nie może być innego tematu - "The Hurt Locker".

Mam problem z tym filmem. Na poziomie poszczególnych scen bywa znakomity - trzymają w napięciu, mają nieoczywiste rozwiązania, są świetnie sfilmowane, dobrze zagrane (głównie przez rzeczywiście niezłego Rennera), ale jako całość jest niespójny i w sumie trochę nużący.

Bo ta ma być taki melanż - z jednej strony opowieść o tym, że wojna to narkotyk, z drugiej przegląd możliwych sytuacji, w jakich w Iraku może się znaleźć amerykański żołnierz. Zewsząd czyhające zagrożenie (każdy człowiek przypatrujący się to potencjalny wróg, a trzymający telefon to praktycznie pewny zabójca), podejmowanie szybkich, niekoniecznie słusznych decyzji, napięcie nie do wytrzymania, poczucie (może nie u głównego bohatera) bezsensu całej tej służby. Ale to się nie do końca składa z wątkiem Williama Jamesa, bo nasilenie scenek (jak sądze opartych na jakichś prawdziwych historiach zasłyszanych przez scenarzystę) tylko osłabia główną myśl filmu. Myśl, która dobitnie zostaje wyrażona w ostatnich, naprawdę dobrych i naprawdę smutnych 5 minutach seansu. Ale całość nie ma spójności i ciągłości.

Ciekawie natomiast wypada pomysł zatrudnienia w cameo gwiazd (a własciwie - prawie gwiazd, bo to jednak nie postacie z pierwszych strony plotkarskich magazynów) - Guya Pearce'a, Ralpha Fiennesa, Davida Morse'a czy Evangeline Lilly. Zakładam, że w założeniu miał to być dodatkowy sposób na przyciągnięcie widzów do kina, ale wyszło dość ciekawe ukazanie, że na wojnie nikt nie jest nietykalny.

Niezłe kino, tak na siódemkę tetryczną, ale do annałów nie wejdzie. Tak czy inaczej - wielki szacun dla Bigelow, która świetnie poradziła sobie z reżyserią tak "męskiego" filmu. :)

A wielki brak szacunu dla naszych dystrybutorów, którzy po raz pierwszy od lat nie wpuścili filmu Oscarowego do polskich kin.

 

15:47, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 marca 2010
Jamesie Cameronie, czekam na twoje "Imperium"

No i znów za przeproszeniem dupa, bo nie mam czasu pisać bloga, bowiem nadrabiam zaległości z różnymi zobowiązaniami. Jednym z nich był felieton dla Stopklatki. Może więc dziś po prostu zachęcę do lektury:

Temat felietonu – „Avatar” jako nowe „Gwiezdne wojny”. Do obrony? Jak najbardziej. Pisałem w felietonie podsumowującym rok 2009, że poczułem się na „Avatarze” jak 10-latek oglądający „Gwiezdne wojny” – z zapartym tchem oglądając piękną wizualnie bitwę i szokującą efektami specjalnymi bitwie w nieskomplikowanej opowieści o walce dobra ze złem. Ale dziś doszedłem do wniosku, że „Avatar” ma ze starą dobrą „Nową nadzieją” dużo więcej wspólnego, niż by się mogło wydawać.


Reszta felietonu TUTAJ.

13:12, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »