RSS
czwartek, 27 maja 2010
Nowy Jork: Co jest najpiękniejsze w Central Parku?

Oczywiście to, jak cudnie zieleń łączy się na jego brzegach z ciekawą architekturą. Można pstrykać setki zdjęć i wciąż nie mieć dosyć - zawsze wygląda to prześlicznie.

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

 

Tagi: Nowy Jork
23:40, konrad_wagrowski
Link Komentarze (2) »
środa, 26 maja 2010
Nowy Jork: W roli paparazzi

Skłamałbym, twierdząc, że do Nowego Jorku jedzie się by wypatrywać celebrytów, ale jednak jakiś tam dreszczyk przechodzi, gdy stwierdzasz, że właśnie przechodzisz obok teatru, w którym za 5 minut zaczyna się sztuka z Denzelem Washingtonem w roli głównej. Bo przecież najprawdopodobniej Denzel jest właśnie jakieś 50 metrów od ciebie! A może to nawet on przejechał prze chwilką w tej limuzynie z przyciemnionymi szybami! Szkoda, że nie widziałem go, gdy wysiadał – tak jak Oferma w „Zamachu na Milusia” (o ile dobrze pamiętam), gdy mógł przez chwilę rozkazywać Zbójcerzom – miałbym co wspominać do końca życia. Ostatecznie zawsze zostaje wyprawa do teatru, ale to już nie to – w teatrze to ja nawet Janusza Gajosa ostatnio dwa razy widziałem, a i Catherinę Zetę-Jones mógłbym (gdybyśmy się zdecydowali na „A Little Night Music” na Broadwayu, ale w końcu poszliśmy jakże oryginalnie na „West Side Story” – o czym wkrótce).

Ale los jest o tyle sprawiedliwy, że potrafi zamiast Denzela rzucić nam Ricky’ego Gervaisa (niewtajemniczonym wyjaśniam, że to wesoły szef biura z brytyjskiego „The Office” i konferansjer z tegorocznych Złotych Globów). Podróżował tym samym promem z jakąś ekipą z kamerą i skubaniec cały czas odkręcał się tyłem do naszego aparatu fotograficznego. Ale w końcu udało się go dopaść.

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

Tagi: Nowy Jork
16:02, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 maja 2010
Nowy Jork: Plecami do Statuy

Oglądanie Statuy Wolności kojarzy mi się nieco z "Wakacjami europejskimi" Griswaldów, w których Clark, oglądając szybciutko różne zabytki Rzymu, odhacza w notatniku - zaliczone! Tak jest trochę mój stosunek do Symbolu - trzeba pewnie odhaczyć, ale jakoś - w przeciwieństwie do 1000 innych miejsc - wielkich emocji nie wzbudza. Nie ma reakcji w stylu "o rany, ona jest większa/bardziej zielona niż myślałem!". Pewnie dlatego, że kultura i popkultura ten symbol przewierciła na lewo i prawo, a nawet w górę - i w dół:

 

Zabawne było obserwowanie, jak podczas rejsu promem na Liberty Island i Ellis Island (ta druga była prawdziwym celem naszej wycieczki) tłum ludzi rzuca się na burtę (o mało co nie powodując przechyłu) by strzelać foty. Uczciwie mówiąc i my parę takowych strzeliliśmy, ale przynajmniej bez przeciskania się i rozpychania, raczej na zasadzie "mamy cyfrówkę, to odbitki nas nic nie kosztują".

Oczywiście na koronę i tak nie mieliśmy szansy wejść - w momencie podjęcia decyzji o wyprawie do Nowego Jorku bilety były wyprzedane tak mniej więcej do 2058 roku. Tak więc pozostało nam pochodzenie po Liberty Island, wspomnienie nieśmiertelnych słów Woody'ego Allena i konstatacja, że najpierw sie przepływało obok Symbolu Wolności, by później przechodzić niemiłosierne trzepanie na Ellis Island (czyli Wyspie Łez - ale o tym w następnym odcinku tej pasjonującej opowieści podróżniczej). Ale jest jedna wielka zaleta Liberty Island - śliczna panorama Manhattanu. Co pozwoliło Monice zrobić to urocze zdjęcie (oczwiście stojąc plecami do Statuy):

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

Tagi: Nowy Jork
10:48, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010
Nowy Jork: Mgła nad zatoką

Mgła nadchodząca znad morza (czy innego oceanu, a nawet jeziora) ma jednoznaczne konotacje popkulturalne. Oczywiście horrorowe. Wystarczy wspomnieć stary dobry (od dawna nie powtarzałem seansu, więc mogę nadal wierzyć, że dobry) film Johna Carpentera "Mgła", czy mikropowieść Stephena Kinga, sfilmowaną przez Franka Darabonta. We mgle oczywiście czają się zwykle potwory - czy to wymarła załoga trędowatych, czy też ogromne mordercze stwory. W Nowym Jorku muszą być z takimi potworami za pan brat, bo zakładam, że mgły nadchodzące znad Zatoki Nowojorskiej są częstym zjawiskiem.

Poniższe zdjęcia wykonała Monika podczas porannego rejsu promem na Ellis Island. To we mgle na pierwszym- to frachtowiec. Na drugim widzicie unoszącą się nad białą kurtyną wyspę Roosevelta, a na trzecim częściowo przysłonięty most Verazzano-Narrows i całkiem już widoczny statek. Przyznam, że bardzo podobają mi się te fotki (i przyjmuję na siebie przynajmniej część zasługi poprzez zasugerowanie, że może wyjść fajnie).

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

 

 

Tagi: Nowy Jork
15:06, konrad_wagrowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 maja 2010
Nowy Jork: Times Square, czyli Faisal Shahzad i my

Times Square to miejsce, które idealnie wpasowuje się w powszechny wizerunek Nowego Jorku – za dnia jest ciemne (bo drapacze chmur przesłaniają słońce), w nocy jasne (bo wszechobecne reklamy rozświetlają plac). W nocy zresztą jest tam właśnie – dzięki ładnie rozproszonemu oświetleniu z różnych źródeł bardzo przyjemnie wizualnie (można spokojnie czytać bez latarki w każdym miejscu placu). Ale oczywiście najważniejszy jest ciągły ruch, tłumy przewalające się przez plac, w poszukiwaniu dobrych sklepów, Planet Hollywood i biletów na Broadway. Trudno więc znaleźć lepsze miejsce na potrzeby… zamachu terrorystycznego.

 

fot. Konrad Wągrowski

Faisal Shahzad przybył swoim SUVem na Times Square jakieś dwie godziny po nas. My zawitaliśmy na Times Square by odebrać nasze karty New York City Pass i zajrzeć do punktu informacyjnego o Broadwayu i ogólnie życiu kulturalnym, on trafił tu, by odpalić domowym sposobem przygotowaną bombę, o ile dobrze zrozumiałem, złożoną z fajerwerków i kanistrów z benzyną, uruchamianych jakąś prymitywną instalacją czasową. Faisal na szczęście nie należał więc do najbardziej zdeterminowanych zamachowców, którzy nie opuszczają swej bomby aż to samej eksplozji.

 

Shahzad nie należał też do zamachowców zbyt bystrych. Powiedzmy sobie szczerze – schrzanił właściwie wszystko. Bomba nie wybuchła, dym z samochodu zaalarmował ulicznego sprzedawcę, który zaalarmował policjanta, który zarządził ewakuację placu (wieczorem Jay Leno śmiał się, że to jednak policjant został zaproszony na obiad do burmistrza, a nie sprzedawca, któremu pozostał jedynie okolicznościowy T-shirt…). Na trop Faisala udało się szybko trafić, bo miejsce niedawnego kupna jego samochodu udało się łatwo zidentyfikować (dziewczyna, która zainkasowała od niedoszłego zamachowca 1300 dolców ma z pewnością co wspominać do końca życia). Co więcej Shahzad nie uciekł od razu, ale zaczekał kilka dni, kupując bilet do Dubaju za gotówkę. Za gotówkę, rozumiecie?! Przecież to tak jakby zawiesić sobie na szyi tabliczkę „Jestem podejrzany”. W każdym razie już 53 godzin po Times Square wyciągnięto go z samolotu tuż przed startem. Pasażerowie pewnie też mają co wspominać.

A my wróciliśmy na Times Square następnego dnia (patrz fotka poniżej) i znów zastaliśmy tłumy, może nawet większe niż wcześniej. Wyszliśmy zapewne z założenia, że „bomba nie wpada dwa razy do tego samego leja”. I choć Faisal Shahzad stał się niekwestionowanym bohaterem medialnym całego tygodnia, to tak na serio na ulicach nic się specjalnie nie zmieniło. W końcu terror terrorem, ale żyć trzeba.

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

Tagi: Nowy Jork
14:16, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010
Nowy Jork: Prolog, czyli typowy nowojorczyk

Nowy Jork. Miejsce, w którym chmury są porysowane (to z Tytusa, gdyby ktoś nie pamiętał). Miejsce Scorsesego, Allena, Spike’a Lee i tysiąca innych twórców. Miejsce, któremu zdecydowaliśmy się poświęcić tydzień naszego życia (nawet więcej – naszego urlopu!). Po dwóch dniach wypadu w 2008 r. uznaliśmy bowiem, że ta mieścina wymaga więcej uwagi.

Jak przystało na Drugą Ekspedycję wyruszyliśmy dużo lepiej przygotowani. Zarezerwowany hotel, w którym pokój nie przypominał połowy przedziału kolejowego (tak jak dwa lata wcześniej), dobra lokalizacja, znakomite rozpoznanie (wykonane przez Monikę) wreszcie New York City Pass w ręku. A przede wszystkim – CAŁY TYDZIEŃ. Który nam wydawał się wystarczająco długim okresem czasu zanim oczywiście dotarliśmy do NY. Ale już wkrótce przekonaliśmy się, że tydzień może nam najwyżej pozwolić na poznanie wierzchniej warstwy Wielkiego Jabłka. Cóż, dobre i to. Jest powód by powrócić.

Dzisiejszym wpisem inauguruję więc zestaw relacji z wyprawy na Manhattan (z krótkimi wypadami na Bronx i Brooklyn). Mam nieśmiałą nadzieję, że skoro już udało się wygenerować pierwszy wpis, to potem będzie łatwiej i codziennie znajdziecie tu coś nowego. I – mam nadzieję – interesującego.

Zacznijmy od samych nowojorczyków. Główne pytanie brzmi – jak właściwie ich odróżnić od turystów? Wydaje się, że to niemożliwe, zważywszy, że już pierwszego dnia dwukrotnie NAS pytano o drogę. Zakładam więc, że wyglądamy na typowych mieszkańców miasta. Odwróćmy więc pytanie – a kto na takowego nie wygląda?

W mieście, w którym kompletnie przemieszane są ludzkie rasy, style, mody i co tam jeszcze można przemieszać, trudno jest sobie wyobrazić osobę, która by tu nie pasowała. Na ulicach widzieliśmy Michaela Jacksona (a przynajmniej kogoś, kto wyglądał jak on), królową angielską (a przynajmniej 3 starsze panie, które wyglądały jak ona), Gandhiego i tabuny innych ciekawych ludzi. Ciekawych z pozoru, bo w gruncie rzeczy nikt za nimi się nie oglądał. Po prostu – pasowali do tego miasta. Zrobiliśmy więc eksperyment myślowy – kto może budzić zaskoczenie? Zuluski wojownik z dzidą i przepaską biodrową?

 

Wydawało mi się to dobrym typem, aż do rozmowy z Kamilą Sławińską, która wyprowadziła nas z błędu. Zuluski wojownik również pasuje do Nowego Jorku. Pewnie tylko mamy pecha, że jeszcze go nie spotkaliśmy.

Nieśmiałość turystów zza oceanu spowodowała, że trochę obawialiśmy się fotografować najciekawszych mieszkańców miasta. Nie każdy lubi być w końcu myśliwskim trofeum. Poniżej więc kilka zdjęć zdecydowanie mniej szokujących, niż postacie, które można spotkać w NY. Tak czy inaczej – to nowojorczycy. Chyba.

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

Tagi: Nowy Jork
15:26, konrad_wagrowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 10 maja 2010
Ostatnia wyspa

10 kwietnia miałem zamiar zrobić nieco inny wpis niż ten, który na miesiąc zamknął działalność tego bloga (swoją drogą tłumaczenie się z tego, że blog „się nie pisze” pewnie wejdzie w tradycję), ale okoliczności nieco zmieniły plany. No i owe okoliczności też skutecznie zniechęciły do pisania czegokolwiek. Ale skoro wracam, warto zacząć od tego, co nie miało tu zjawić się 10 kwiertnia. Czyli obejrzanej na jeden dzień przed smoleńską katastrofą „Wyspy tajemnic” Martina Scorsese.

Od razu zaznaczę – od opinii Wojtka Orlińskiego dużo bardziej bliska mi jest opinia Piotrka Plucińskiego. Mam dokładnie tak samo jak on – znając książkowy pierwowzór, jego „twist in the end” nie spodziewałem się większych emocji (zwłaszcza, gdy dowiedziałem się, że film jest raczej wierny książce). Bo jak tu pasjonować się filmem, o którym wiadomo, że wszystko co widać (a właściwie większość) – to fikcja? Jak się emocjonować bohaterem, znając tło jego postaci? A jednak okazało się, że można. Bo Scorsese nie poszedł po linii najmniejszego oporu, by zrobić po prostu thriller ze zwrotem akcji. On tak poprowadził ten film, że stan bohatera granego przez Leo diCaprio stał się dla mnie całkiem zrozumiały. Nie tylko zrozumiały – także jedyny możliwy.

Zaskoczyła mnie dosłowność finałowej retrospektywnej sceny. Z reguły w amerykańskim kinie unika się pokazywania dzieci w sytuacjach drastycznych. Tu jednak Scorsese idzie prawie na całość i sytuacje pokazuje z naprawdę bolesną dokładnością. To już nie jest thriller, nie jest to też horror – to uzmysłowienie widzowi, że diCaprio nie ma szans. Nie może wrócić. Bycie agentem śledzącym spisek to dla niego jedyna szansa na jakąkolwiek egzystencję.

O pięknych zdjęciach, najlepszej od lat roli diCaprio i nawiązaniach do bardzo przeze mnie lubianego kina Vala Newtona nawet nie wspomnę.

 

16:05, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »