RSS
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Mann daje radę

Ojej, czas zacząć realizować zobowiązania i zacząć pisać regularnie. Zacznę więc od "Wrogów Publicznych" obejrzanych dobre 3 tygodnie temu. Potem była Era Nowe Horyzonty, ale ona zasługuje na osobny wpis.

Od lat jestem zakochany w kinie Michaela Manna. To już chyba nieuleczalne. Podobało mi się poprzednie "Miami Vice", wszak przez recenzentów krytykowane za brak kolorowych koszulek i aligatora na smyczy. "Wrogowie publiczni" również nie zawodzą.

Dla jasności - nie oczekiwałem jakiejś wnikliwej analizy sytuacji społeczno-gospodarczej lat 30. i społecznych przesłanek fali bandytyzmu (czego - znów - oczekiwali recenzenci). Oczekiwałem klimatycznego kina gansterskiego, pomysłowych ujęć, Mannowskich pomysłów na wywoływanie emocji, ładnego wykorzystania muzyki. I dokładnie to otrzymałem. Film rozkręca się - po kilkudziesięciu minutach nie byłem jeszcze przekonany, ale gdy złapał oddech, nie miałem już wątpliwości. Obława (pierwsza) na Baby Face Nelsona doskonale trzyma w napięciu, nocna leśna strzelanina to najlepszy shoot-out, jaki widziałem od lat, natomiast finał to mistrzowstwo świata - bo przecież koniec losów Dillingera nie był jakoś bardzo widowiskowy od strony filmowej. Tu zaś - z pewnym szacunkiem dla prawdy historycznej - scena i trzyma w napięciu i oddziałuje emocjonalnie.

Ładnie też zaakcentowano zmianę warty w gangsterskim procederze. Kurcze, aż chciałoby się zrobić gangsterski maraton filmowy. Zacząć, powiedzmy, od Butcha i Cassidy'ego, potem obejrzeć "Masakrę w dniu św. Walentego" Cormana, poprawić "Małym cezarem" i "Nietykalnymi", potem "Wrogowie publiczni" i zwieńczamy wszystko "Ojcem Chrzestnym". I w ten sposób parędziesiąt lat historii Ameryki w jednym podejściu. :)

 

12:54, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »