RSS
poniedziałek, 24 maja 2010
Nowy Jork: Plecami do Statuy

Oglądanie Statuy Wolności kojarzy mi się nieco z "Wakacjami europejskimi" Griswaldów, w których Clark, oglądając szybciutko różne zabytki Rzymu, odhacza w notatniku - zaliczone! Tak jest trochę mój stosunek do Symbolu - trzeba pewnie odhaczyć, ale jakoś - w przeciwieństwie do 1000 innych miejsc - wielkich emocji nie wzbudza. Nie ma reakcji w stylu "o rany, ona jest większa/bardziej zielona niż myślałem!". Pewnie dlatego, że kultura i popkultura ten symbol przewierciła na lewo i prawo, a nawet w górę - i w dół:

 

Zabawne było obserwowanie, jak podczas rejsu promem na Liberty Island i Ellis Island (ta druga była prawdziwym celem naszej wycieczki) tłum ludzi rzuca się na burtę (o mało co nie powodując przechyłu) by strzelać foty. Uczciwie mówiąc i my parę takowych strzeliliśmy, ale przynajmniej bez przeciskania się i rozpychania, raczej na zasadzie "mamy cyfrówkę, to odbitki nas nic nie kosztują".

Oczywiście na koronę i tak nie mieliśmy szansy wejść - w momencie podjęcia decyzji o wyprawie do Nowego Jorku bilety były wyprzedane tak mniej więcej do 2058 roku. Tak więc pozostało nam pochodzenie po Liberty Island, wspomnienie nieśmiertelnych słów Woody'ego Allena i konstatacja, że najpierw sie przepływało obok Symbolu Wolności, by później przechodzić niemiłosierne trzepanie na Ellis Island (czyli Wyspie Łez - ale o tym w następnym odcinku tej pasjonującej opowieści podróżniczej). Ale jest jedna wielka zaleta Liberty Island - śliczna panorama Manhattanu. Co pozwoliło Monice zrobić to urocze zdjęcie (oczwiście stojąc plecami do Statuy):

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

Tagi: Nowy Jork
10:48, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010
Nowy Jork: Mgła nad zatoką

Mgła nadchodząca znad morza (czy innego oceanu, a nawet jeziora) ma jednoznaczne konotacje popkulturalne. Oczywiście horrorowe. Wystarczy wspomnieć stary dobry (od dawna nie powtarzałem seansu, więc mogę nadal wierzyć, że dobry) film Johna Carpentera "Mgła", czy mikropowieść Stephena Kinga, sfilmowaną przez Franka Darabonta. We mgle oczywiście czają się zwykle potwory - czy to wymarła załoga trędowatych, czy też ogromne mordercze stwory. W Nowym Jorku muszą być z takimi potworami za pan brat, bo zakładam, że mgły nadchodzące znad Zatoki Nowojorskiej są częstym zjawiskiem.

Poniższe zdjęcia wykonała Monika podczas porannego rejsu promem na Ellis Island. To we mgle na pierwszym- to frachtowiec. Na drugim widzicie unoszącą się nad białą kurtyną wyspę Roosevelta, a na trzecim częściowo przysłonięty most Verazzano-Narrows i całkiem już widoczny statek. Przyznam, że bardzo podobają mi się te fotki (i przyjmuję na siebie przynajmniej część zasługi poprzez zasugerowanie, że może wyjść fajnie).

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

 

 

Tagi: Nowy Jork
15:06, konrad_wagrowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 maja 2010
Nowy Jork: Times Square, czyli Faisal Shahzad i my

Times Square to miejsce, które idealnie wpasowuje się w powszechny wizerunek Nowego Jorku – za dnia jest ciemne (bo drapacze chmur przesłaniają słońce), w nocy jasne (bo wszechobecne reklamy rozświetlają plac). W nocy zresztą jest tam właśnie – dzięki ładnie rozproszonemu oświetleniu z różnych źródeł bardzo przyjemnie wizualnie (można spokojnie czytać bez latarki w każdym miejscu placu). Ale oczywiście najważniejszy jest ciągły ruch, tłumy przewalające się przez plac, w poszukiwaniu dobrych sklepów, Planet Hollywood i biletów na Broadway. Trudno więc znaleźć lepsze miejsce na potrzeby… zamachu terrorystycznego.

 

fot. Konrad Wągrowski

Faisal Shahzad przybył swoim SUVem na Times Square jakieś dwie godziny po nas. My zawitaliśmy na Times Square by odebrać nasze karty New York City Pass i zajrzeć do punktu informacyjnego o Broadwayu i ogólnie życiu kulturalnym, on trafił tu, by odpalić domowym sposobem przygotowaną bombę, o ile dobrze zrozumiałem, złożoną z fajerwerków i kanistrów z benzyną, uruchamianych jakąś prymitywną instalacją czasową. Faisal na szczęście nie należał więc do najbardziej zdeterminowanych zamachowców, którzy nie opuszczają swej bomby aż to samej eksplozji.

 

Shahzad nie należał też do zamachowców zbyt bystrych. Powiedzmy sobie szczerze – schrzanił właściwie wszystko. Bomba nie wybuchła, dym z samochodu zaalarmował ulicznego sprzedawcę, który zaalarmował policjanta, który zarządził ewakuację placu (wieczorem Jay Leno śmiał się, że to jednak policjant został zaproszony na obiad do burmistrza, a nie sprzedawca, któremu pozostał jedynie okolicznościowy T-shirt…). Na trop Faisala udało się szybko trafić, bo miejsce niedawnego kupna jego samochodu udało się łatwo zidentyfikować (dziewczyna, która zainkasowała od niedoszłego zamachowca 1300 dolców ma z pewnością co wspominać do końca życia). Co więcej Shahzad nie uciekł od razu, ale zaczekał kilka dni, kupując bilet do Dubaju za gotówkę. Za gotówkę, rozumiecie?! Przecież to tak jakby zawiesić sobie na szyi tabliczkę „Jestem podejrzany”. W każdym razie już 53 godzin po Times Square wyciągnięto go z samolotu tuż przed startem. Pasażerowie pewnie też mają co wspominać.

A my wróciliśmy na Times Square następnego dnia (patrz fotka poniżej) i znów zastaliśmy tłumy, może nawet większe niż wcześniej. Wyszliśmy zapewne z założenia, że „bomba nie wpada dwa razy do tego samego leja”. I choć Faisal Shahzad stał się niekwestionowanym bohaterem medialnym całego tygodnia, to tak na serio na ulicach nic się specjalnie nie zmieniło. W końcu terror terrorem, ale żyć trzeba.

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

Tagi: Nowy Jork
14:16, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010
Nowy Jork: Prolog, czyli typowy nowojorczyk

Nowy Jork. Miejsce, w którym chmury są porysowane (to z Tytusa, gdyby ktoś nie pamiętał). Miejsce Scorsesego, Allena, Spike’a Lee i tysiąca innych twórców. Miejsce, któremu zdecydowaliśmy się poświęcić tydzień naszego życia (nawet więcej – naszego urlopu!). Po dwóch dniach wypadu w 2008 r. uznaliśmy bowiem, że ta mieścina wymaga więcej uwagi.

Jak przystało na Drugą Ekspedycję wyruszyliśmy dużo lepiej przygotowani. Zarezerwowany hotel, w którym pokój nie przypominał połowy przedziału kolejowego (tak jak dwa lata wcześniej), dobra lokalizacja, znakomite rozpoznanie (wykonane przez Monikę) wreszcie New York City Pass w ręku. A przede wszystkim – CAŁY TYDZIEŃ. Który nam wydawał się wystarczająco długim okresem czasu zanim oczywiście dotarliśmy do NY. Ale już wkrótce przekonaliśmy się, że tydzień może nam najwyżej pozwolić na poznanie wierzchniej warstwy Wielkiego Jabłka. Cóż, dobre i to. Jest powód by powrócić.

Dzisiejszym wpisem inauguruję więc zestaw relacji z wyprawy na Manhattan (z krótkimi wypadami na Bronx i Brooklyn). Mam nieśmiałą nadzieję, że skoro już udało się wygenerować pierwszy wpis, to potem będzie łatwiej i codziennie znajdziecie tu coś nowego. I – mam nadzieję – interesującego.

Zacznijmy od samych nowojorczyków. Główne pytanie brzmi – jak właściwie ich odróżnić od turystów? Wydaje się, że to niemożliwe, zważywszy, że już pierwszego dnia dwukrotnie NAS pytano o drogę. Zakładam więc, że wyglądamy na typowych mieszkańców miasta. Odwróćmy więc pytanie – a kto na takowego nie wygląda?

W mieście, w którym kompletnie przemieszane są ludzkie rasy, style, mody i co tam jeszcze można przemieszać, trudno jest sobie wyobrazić osobę, która by tu nie pasowała. Na ulicach widzieliśmy Michaela Jacksona (a przynajmniej kogoś, kto wyglądał jak on), królową angielską (a przynajmniej 3 starsze panie, które wyglądały jak ona), Gandhiego i tabuny innych ciekawych ludzi. Ciekawych z pozoru, bo w gruncie rzeczy nikt za nimi się nie oglądał. Po prostu – pasowali do tego miasta. Zrobiliśmy więc eksperyment myślowy – kto może budzić zaskoczenie? Zuluski wojownik z dzidą i przepaską biodrową?

 

Wydawało mi się to dobrym typem, aż do rozmowy z Kamilą Sławińską, która wyprowadziła nas z błędu. Zuluski wojownik również pasuje do Nowego Jorku. Pewnie tylko mamy pecha, że jeszcze go nie spotkaliśmy.

Nieśmiałość turystów zza oceanu spowodowała, że trochę obawialiśmy się fotografować najciekawszych mieszkańców miasta. Nie każdy lubi być w końcu myśliwskim trofeum. Poniżej więc kilka zdjęć zdecydowanie mniej szokujących, niż postacie, które można spotkać w NY. Tak czy inaczej – to nowojorczycy. Chyba.

 

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

fot. Monika Twardowska-Wągrowska

Tagi: Nowy Jork
15:26, konrad_wagrowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 10 maja 2010
Ostatnia wyspa

10 kwietnia miałem zamiar zrobić nieco inny wpis niż ten, który na miesiąc zamknął działalność tego bloga (swoją drogą tłumaczenie się z tego, że blog „się nie pisze” pewnie wejdzie w tradycję), ale okoliczności nieco zmieniły plany. No i owe okoliczności też skutecznie zniechęciły do pisania czegokolwiek. Ale skoro wracam, warto zacząć od tego, co nie miało tu zjawić się 10 kwiertnia. Czyli obejrzanej na jeden dzień przed smoleńską katastrofą „Wyspy tajemnic” Martina Scorsese.

Od razu zaznaczę – od opinii Wojtka Orlińskiego dużo bardziej bliska mi jest opinia Piotrka Plucińskiego. Mam dokładnie tak samo jak on – znając książkowy pierwowzór, jego „twist in the end” nie spodziewałem się większych emocji (zwłaszcza, gdy dowiedziałem się, że film jest raczej wierny książce). Bo jak tu pasjonować się filmem, o którym wiadomo, że wszystko co widać (a właściwie większość) – to fikcja? Jak się emocjonować bohaterem, znając tło jego postaci? A jednak okazało się, że można. Bo Scorsese nie poszedł po linii najmniejszego oporu, by zrobić po prostu thriller ze zwrotem akcji. On tak poprowadził ten film, że stan bohatera granego przez Leo diCaprio stał się dla mnie całkiem zrozumiały. Nie tylko zrozumiały – także jedyny możliwy.

Zaskoczyła mnie dosłowność finałowej retrospektywnej sceny. Z reguły w amerykańskim kinie unika się pokazywania dzieci w sytuacjach drastycznych. Tu jednak Scorsese idzie prawie na całość i sytuacje pokazuje z naprawdę bolesną dokładnością. To już nie jest thriller, nie jest to też horror – to uzmysłowienie widzowi, że diCaprio nie ma szans. Nie może wrócić. Bycie agentem śledzącym spisek to dla niego jedyna szansa na jakąkolwiek egzystencję.

O pięknych zdjęciach, najlepszej od lat roli diCaprio i nawiązaniach do bardzo przeze mnie lubianego kina Vala Newtona nawet nie wspomnę.

 

16:05, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 kwietnia 2010
Dziś

Jest to chyba najgorszy moment na reaktywację delikatnie zarzuconego bloga, ale nie można zostawić dzisiejszego dnia bez komentarza. Stwierdziłem po prostu, z pewnym zaskoczeniem, że żal mi mocno wszystkich osób z Tu-154. Niezależnie od opcji politycznej, życiorysu, czegokolwiek. Po prostu jest mi ich bardzo szczerze żal. A to, co przeżywają rodziny, jest wręcz niewyobrażalne.

19:24, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 marca 2010
You talkin to me?!

 

Gdy 25 lutego 2007 roku Martin Scorsese wychodził na scenę, by odebrać Oscara za najlepszy film i najlepszą reżyserię, którego wręczało mu trzech starych kumpli - Spielberg, Lucas i Coppola, większość kinomanów miała uczucia raczej mieszane. Z jednej strony mało który twórca w ciągu ostatniego trzydziestolecia zasługiwał bardziej na tę nagrodę niż ten niewysoki nowojorczyk włoskiego pochodzenia. Z drugiej jednak strony "Infiltracja" to jeden z mniej wyróżniających się filmów w dorobku Scorsese, a z pewności film w małym stopniu autorski, osobisty, w którym byłoby czuć szczere zaangażowanie słynnego reżysera. "Infiltracja" to wszak towar zaimportowany, remake hongkońskiego przeboju (wyraźnie mu ustępujący). Raczej więc był to gest skruchy Akademii, która, świadoma swoich błędów, czekała na pierwszą okazję, by nagrodzić Martina Scorsese. Twórca ten bowiem o Oscara się ocierał już wielokrotnie, a kilka decyzji Akademii w najlepszym razie można nazwać kompromitacją, a w najlepszym razie skandalem.

Przy okazji premiery "Wyspy tajemnic" pozwoliłem sobie napisać obszerny artykuł na temat Martina Scorsese. Resztę tekstu znajdziecie TUTAJ.


13:54, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 marca 2010
Najstraszniejszy horror w dziejach

W sobotę, podczas rodzinnego obiadu, zdarzyło mi się zobaczyć w telewizji jeden z najstraszniejszych horrorów w historii. Film, który spędzał mi sen z powiek przez lata. Ba! Nie tylko mi! Krótkie poszperanie po internecie dowodzi, że imię nasze legion.

Ciekawe, że ów straszliwy horror pokazywała w godzinach największej oglądalności telewizja dziecięca Mini Mini.

Chodzi oczywiście o ten film:

Swoją drogą ciekaw jestem, czy twórcy tego filmu dla dzieci zdawali sobie sprawę, jakiego potwora wypuszczają na wolność? Na litość, przecież te świecące oczy umieszczone w obłym kształcie, nachodzące nocą spokojne domostwo są NA-PRAW-DĘ PRZE-RA-ŻA-JĄ-CE.

Telewizyjne "Opowiadania Muminków" to osobny temat. Większość dawnych widzów ma wspomnienie niechęci wobec tego serialu, moja trzyletnia córka mówi obecnie "nie lubię tej bajki". Wygląda na to, że udało się nakręcić dzieło artystycznie ciekawe, ambitnie i kompletnie nie trafiające w swóją grupę docelową.

Karolina nie przestraszyła się jednak Buki. Za mała jeszcze, czy to już inne pokolenie?

Zostawiam Was sam na sam ze złowieszczym (a może smutnym?) spojrzeniem Buki. Miłych snów.

 

13:18, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 marca 2010
Kicz czy wyciskacz?

O "Nostalgii anioła" miałem się tu obszernieć produkować, ale skoro wyłuszczyłem w rozmowie z Piotrem wszystko, co o nim myślę, to chyba lepiej, gdy odeślę do tej rozmowy.

 

A tak w ogóle, to ostatnio coraz częściej łzy mi lecą na seansach filmowych. W ciągu ostatniego pół roku "Grobowiec świetlików", "Los człowieka", "Bunt" Kobayashiego (o rany, do teraz mnie trzyma za gardło) i właśnie "Lovely bones". Taki wiem, czy co?

14:24, konrad_wagrowski
Link Komentarze (4) »
środa, 10 marca 2010
Być jak George Clooney

Muszę przyznać, że bardzo mnie ujął "W chmurach". Może dlatego, że dotyczy wielkich korporacji, a całe moje dorosłe życie to wielkie korporacje. Może dlatego, że scenki z samolotów, hoteli, imprez firmowych jakoś tam mi się kojarzą - przynajmniej czuję ten klimat. Może dlatego, że zagrane przez naturszczyków sceny zwolnień z pracy powalały szczerością, co przecież w kinie nie jest oczywiste? Może dlatego, że jednak film jest pochwałą rodzinnego stylu życia, rodzinnego wsparcia, a nie ma idei, której bym bardziej nie chciał przyklasnąć? A może chodzi o Geogre'a Clooneya, który w filmie wygląda genialnie i już sobie na ścianie wieszam jego plakat i staram do niego upodobnić.

Fajne we "W chmurach" jest to, że w momencie gdy wydaje się, że film idzie w kierunku szatampowej końcówki (wesele), perspektywa się zmienia i otrzymujemy zakończenie dużo mniej oczywiste, dużo bardziej otwarte, jakoś tam refleksyjne, z bohaterem, który nie jest już tą samą osobą, co na początku filmu, ale nie jest też osobą zupełnie inną. Proces się rozpoczął, ale nadal może się toczyć dalej, albo zawrócić. (Jak łatwo stwierdzić, silnie nie zgadzam się więc z Wojtkiem Orlińskim, który twierdzi, że "od sceny ślubu tam się już przestaje cokolwiek dziać".)

Jedna rzecz tylko mnie dotknęła. Vera Farmiga w scenie rozbieranej wcale nie jest Verą Farmigą, tylko dublerką! I jak tu wierzyć w kino?

Ale poza tym był to jeden z tych seansów, gdy chciałem by trwał jak najdłużej.

 

Podobny, nieprawdaż?

 

13:14, konrad_wagrowski
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6