RSS
piątek, 11 grudnia 2009
Ząbiland

Powiedzcie mi, doświadczenie blogowicze, jak Wy to robicie, że cały czas znajdujecie czas, by wpisywać regularne notki? Ja się zbieram z tym "Zombielandem" już od piątku i ciągle coś mi staje na przeszkodzie. Może teraz - choć kilka słów.

Generalnie - zgadzam się z recenzją Jarka Loretza. Film nie jest zły, ale mógłby być zdecydowanie lepszy. Wielki szum zza oceanu, jaki z nim przybył (na imdb chyba miejsce w TOP 250 - ale chyba już wypadł) sugerował niewiadomoco, a dostaliśmy przyzwoitą komedyjkę, która - w zderzeniu z obietnicą - lekko rozczarowuje. Do mitologii zombie nie wnosi literalnie nic (oczywiście - przecież nie musi, ale mogłaby). Film jest mocno nierówny - dobry początek, przyzwoite rozwinięcie, pół godziny nudy (nie wiem czy pół godziny, ale był taki okres seansu, który mocno mi się dłużył), wreszcie NAPRAWDĘ DOBRY FINAŁ. Nieco śmiechu (ale nie tak znów wiele), niezłe cameo Murraya (ale - tu się pewnie naraże temu i owemu - wcale nie aż tak znów genialne, a zwieńczenie występu raczej głupie niż śmieszne, pomijając może świetny tekst o "Garfieldzie"), kilka tu i ówdzie wplecionych fajnych scenek, ale w sumie nic mi po seansie nie zostało. I nawet nie wiem do końca czego zabrakło. Może właśnie jakiegoś zachwiania zgranej konwencji? Może większej odwagi twórców?

A przy okazji - tak by wyglądała Mila Kunis, gdyby zagrała w "Zombielandzie".

 

14:47, konrad_wagrowski
Link Komentarze (7) »
piątek, 04 grudnia 2009
Dwa komiksy grzechu warte

Czas dzisiaj na coś komiksowego - bo ostatnio tylko obrazki mi jakoś wchodzą (literki w książkach są najwyraźniej za małe). A zresztą przyznać trzeba, że owe obrazki zacnej jakości jakoś ostatnio się pojawiły. Dziś będzie o dwóch.

D'Artagnan. Dziennik kadeta

Kapitalna rzecz. Najwyraźniej Juncker zna muszkieterów lepiej od Dumasa, bo uczynił z nich postacie z krwi i kości. Niby wszystko jest wierne treści "Trzech muszkieterów", ale jednak jakieś bardziej soczyste, prawdziwe, bohaterowie nie tacy cukierkowi, dylematy D'Artagnana wyrazistsze, kontrowersyjne fragmenty fabuły bardziej wyeksponowane. Pisałem o tym komiksie szerzej TUTAJ, więc tylko podrzucam okładkę, żebyście nie przeoczyli:

 

Halloween Blues

Może najpierw się pochwalę - mój egzemplarz ma piękny rysunek Zbigniewa Kasprzaka, który na drugiej stronie dedykację osobistę (gdy robiłem z nim wywiad) okrasił śliczną buzią Dany Anderson, czyli eterycznej bohaterki tego komiksu. Zaprawdę, powiadam Wam - jest czego zazdrościć.

A sam komiks też wyborny. Niby taka opowieść kryminalna z lat 50,. mocno w nastroju noir z obowiązkowymi elementami (piękne kobiety fatalne, skorumpowani gliniarze, zgorzkniały detektyw), ale z pewnym intrygującym dodatkiem. Otóż, bohater mieszka z... duchem swej zamordowanej żony. I nikt nie wie przez kogo zamordowanej - może nawet przez samego detektywa? Wyobraźcie sobie, że wracacie do domu, a tam żona (zazdrosna nadal wobec kobiet z krwi i kości) robi wam wyrzuty o to, że nie dość, że ją zabiliście, to jeszcze zdradzacie. Utarczki słowne tych swojga są kapitalnym motywem przewodnim. Ale kryminalne historie też niczego sobie.

Drogie to jak cholera (150 zł), ale warto. Gdyby wydali to w 7 albumach (bo to 7 zeszytów w twardej oprawie) zapłacilibyście nie mniej niż 7x 30 = 210 zł.

Poniżej okładka i dwa kadry. Ładnie, realistycznie narysowane, z dużą ilością nagich damskich biustów. Swoją drogą, czemu komiksiarze zawsze rysują tylko ładne biusty?

 

16:41, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 grudnia 2009
500 dni miłości, czyli pryzmat osobistych doświadczeń

Dziś szybciutko, w biegu, bo bardzo jestem zajęty prezentami (niestety - przygotowaniem tekstu, nie kupowaniem jeszcze), ale niech coś się na blogu dzieje. Z ostatnio wchłoniętych (jaka mawia Kamil) - "500 Days of Summer", czyli "500 dni miłości" (swoją drogą mania polskich dystrybutorów dodawania wszędzie słowa "miłość" zasługuje na osobną notkę). Film o miłości, odżegnujący się od bycia "komedią romantyczną", fajnie nakręcony (zachwiana chronologia, przeplatanie płaszczyzn czasowych, nieoczywisty rozwój fabuły). Rzecz sympatyczna, ale nie aż tak doskonała, jak opiewają ją w Ameryce. Mniejsza zresztą o film, ważna jest refleksja, która mnie naszła. Otóż, filmy o miłości to taki specyficzny gatunek, który interpretuje się bardzo pod wpływem własnych osobistych doświadczeń. Oczywiście, wszystko się tak interpretuje, ale chyba w kinie romantycznym cholernie ważne jest, czy opowiadana historia jest jakoś podobna do własnych perypetii widza. Zwłaszcza oczywiście, gdy mowa o jakimś uczuciu skomplikowanym, a nie o prostej historii z rom-comu (która zresztą zwykle tyle ma wspólnego z realizmem, co "zmutowane neutrina"). Gdy jednak mamy jakąś opowieść o złożonym uczuciu, nie wiem, rozstaniu, powrocie, czymkolwiek to w przypadku, gdy widz poczuje, że to w jakimś stopniu o nim, że odnajduje sibie samego w słowach, decyzjach, reakcjach (często przecież absurdalnych) osoby szczęśliwie/nieszczęśliwie zakochanej, to jest filmowi wybaczyć bardzo wiele. I być może to właśnie casus "500 dni lata" - podobne smutne perypetie miłosne w dzisiejszych czasach przeżywa wielu facetów.

Łatwiej jest z nastolatkami. Oni nie mają miłosnych przeżyć, oni mają wyobrażenia. I im można sprzedać cokolwiek, nawet miłość do wampira.

 

15:56, konrad_wagrowski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 30 listopada 2009
2012, czyli biedny Gordon

W ramach weekendu bez dziecka (no dobra - piątkowego wieczoru i niedzieli bez dziecka) odrabialiśmy zaległości filmowe. W piątek zaczęliśmy hucznie od "2012" zgodnie z dewizą "zobacz ten film w kinie, albo wcale".

Oczywiście na "2012" nie idzie się po to, by cieszyć się spójnością i logiką, aczkolwiek przyznam, że pod względem logiki, a raczej jej braku, film chyba idzie dalej od "Dnia niepodległości" i "Pojutrza". I nawet nie mówię o "zmutowanych neutrinach" czy jakiejkolwiek innej (pseudo)naukowej podbudowie zagłady Ziemi, ale o prostą logikę na poziomie rozwoju fabuły. Po prostu ani ludzkie działania, ani nagromadzenie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności jakiegokolwiek sensu w sobie nie mają. Do tego dorzućmy bohaterów papierowych, fakt, ale tak bezceremonialnie traktowanych przez twórców, że to chyba ewenement. Weźmy Gordona, chirurga od cycków. Słyszymy, że w gruncie rzeczy fajny z niego gość, syn przybrany go lubi i w ogóle. No i koleś daje radę. Ale na koniec... O rany, nikt nawet łezki po nim nie uroni... Ani nawet w jego śmierci nie ma śladu heroizmu. I wszyscy o tym fajnym gościu szybciutko zapominają. Dla dobra spójności rodziny, jak sądzę.

(Dygresja: chciałem tu wrzucić fotkę Gordona z filmu, ale ni cholery żadnej nie mogłem znaleźć. Biedny gość, jak ci Hindusi.)

Ale w sumie nie o sens przecież chodzi. Chodzi o rozpierduchę. Która jest. Która bywa niezła, jak choćby w scenach rozwałki Los Angeles czy Yellowstone (Vegas już było leciutkim rozczarowaniem). Problem w tym, że Emmerich robi to po praz kolejny - źle konstruuje film. W "Dniu niepodległości" najpierw mieliśmy piękne sceny rozwałki miast, a w drugiej połowie już tylko spadające statki. W "Pojutrze" najpierw mieliśmy niszczące tornada i zalewające wody, a drugiej połowie już tylko mróz. I źle jest też w "2012", w którym najpierw oglądamy sceny niszczenia całej planety, by kończyć film... "Tragedią Posejdona" w wersji prawie kameralnej. To już nie można było w wielkim finale przynajmniej Księżyca zrzucić na Ziemię? Tak dużo wymagam?

 

15:32, konrad_wagrowski
Link Komentarze (6) »
wtorek, 24 listopada 2009
Chciałbym być Jamesem Bondem!

Dotarł wreszcie do mnie "Bond. Leksykon" autorstwa Kamila Śmiałkowskiego, z moimi dwoma esejami - o "Goldfingerze" i "GoldenEye". Przeczytałem, podobają mi się nadal. :) Z okazji pierwszej w życiu publikacji książkowej (małej, bo małej, ale zawsze) okolicznościowa piosenka:

A sama książka całkiem ciekawa, że tak absolutnie obiektywnie stwierdzę. Choć pewnie w kolorze wyglądałaby ładniej. Pewnie do poduszki sobie dziś poczytam, co napisali inni.

15:51, konrad_wagrowski
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 listopada 2009
Seriale, nowe seriale

W ramach oczekiwania na finałowy sezon "Lost", wieczory staram się zapełniać nowymi serialami. Na razie padło na remake "V" i "Flashforward". Co ciekawe - oba łączą się z "Lostem" aktorkami, grającymi główne postacie - czyli Juliet Burke i Penny Widmore.

Mówiąc o "V", oczywiście nalezy zacząc od pierwowzoru. To był dla mnie ogromny hit lat 80. - rzecz z rozmachem, z ciekawymi bohaterami, dynamiką, napięciem. Miało oczywiście swoje bzdurności (dość liczne) - po co właściwie Goście zakładają te sztyczne twarze, gdy już zostali zdemaskowani (oczywiście po to, aby było taniej z chcrakteryzacją aktorów), jaki jest sens w przelatywaniu lat świetlnych, by zdobyć trochę wody, no i cały koncept międzygatunkowego "gwiezdnego dziecka" był kompletnie chybiony. Ale pomimo tego były i pościgi, i strzelaniny, i piękne kobiety. To się oglądało!

 

Po dwóch odcinkach remake'u na razie trudno mi coś powiedzieć poza stwierdzeniem zaskakującego faktu - serial ma dużo mniejszy budżet niż ten sprzed ćwierćwiecza! Nie ma pościgów, nie ma strzelanin, nie ma tłumów statystów - wszystko to jakieś kameralne, bardziej jak "Z Archiwum X" niż kręcona z rozmachem historia inwazji z kosmosu. To oczywiście serialu nie skreśla, może da się utrzymać napięcie, może da się uniknąć większych bzdur (co prawda uczucie Gościa do ludzkiej kobiety brzmi już dziwnie....), ale jednak szkoda... Ciekawe jest natomiast połączenie "V" z "Najeźdźcami" - oni są tu, wśród nas. Od dawna. Zobaczymy, kolejne raporty wkrótce.

 

"Flashforward" natomiast na razie mam na etapie pilota. Niezłego, mocno zachęcającego pilota. Był tu porządny serialy rozmach (czuło się tą ogólnoświatową hekatombę, gdy wszyscy ludzie na 2 minuty stracili świadomość), jest - tak jak i w "Lost" - połączenie ogólnej historii o dużej skali z szeregiem losów jednostkowych. Mamy dość ciekawych bohaterów (Joseph Fiennes przestał wyglądać jak wymoczek!), wreszcie finałowa scena odcinka, z postacią przechadzającą się wśród dziesiątek nieprzytomnych, budziła przyjemnie ciary na plecach. Oby tak dalej.

 

11:22, konrad_wagrowski
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 listopada 2009
Dwa lata to początek końca?

"Wszystkie dzieci – oprócz jednego – dorastają. Szybko dowiadują się, ze będą kiedyś dorosłe, a Wendy dowiedziała się o tym tak:
Kiedy miała dwa lata, bawiła się pewnego dnia w ogrodzie: zerwała kwiatek i pobiegła z nim do swojej mamy. Przypuszczam, że musiała wyglądać zachwycająco, bo pani Darling położyła rękę na sercu i zawołała:
- Ach, dlaczego nie możesz pozostać taka na zawsze?!
To było wszystko, co sobie powiedziały, ale od owej chwili Wendy wiedziała, że musi dorosnąć. Zawsze się o tym wie, kiedy ma się już dwa lata. Dwa lata to początek końca."

James Matthew Barrie „Piotruś Pan”


11:43, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 listopada 2009
"Wroniec" orła nie pokona?

Rozpisałem się dłużej o "Wrońcu" Dukaja, ale nie napisałem jednej rzeczy - która rzeczywiście może nie interesuje odbiorców recenzji, ale dla mojego odbioru książki była istotna. Otóż, "Wroniec" zyskuje w użytkowaniu. Przyznam, że początek był ciężki - załapanie konwencji nie przychodzi od razu. Zwłaszcza, że Dukaj zaczyna quasi realistycznie, by po kilku stronach, prawie bez ostrzeżenia, wprowadzić tytułowego Wrońca i zmienić zupełnie konwencję na baśniową fantasmagorię (tak, nie od razu załapałem, że to gorączkowe majaki dzieciaka, który się nasłuchał różnych rzeczy od rodziców). Potem zabawy słowne, aż wreszcie... chwyta. Zaczynam czytać "Wrońca" coraz lżej (w czym pomaga rytmika, piosenki i kapitalne ilustracje) i zaczynam dostrzegać "dorosłe" tło - prawdziwe, realne dylematy leżące pod tą opowieści i to nie w ujęciu polityczny, historyczny, ale jak najbardziej jednostkowym. I w efekecie kolejna lektura "Wrońca" jest już samą przyjemnością.

A z drugiej strony, przeczytane komentarze pod wywiadem w Dużym Formacie uzmysłowiły mi, że Jacek może z tą książką nie mieć lekko...

 

12:07, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 listopada 2009
My name is Bond. Leksykon Bond.

W ramach słusznej autopromocji pozwolę sobie zwrócić uwagę na niedawno wydany przez Wydawnictwo Pascal "Bond. Leksykon". W książce oczywiście popisuje się bondowską erudycją Kamil M. Śmiałkowski, ale poza nim jeszcze 12 innych autorów pisze swe eseje. Ze swojej strony w szczególności polecam te poświęcone "Goldfingerowi" i "Goldeneye". Innych zresztą na razie nie czytałem. :)

 

 

14:53, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 listopada 2009
Kanon grozy ma braki, ale co ja na to poradzę?

Zakończyliśmy wspólnymi siłami wielki kanon grozy. Wyszło - moim nieskromnym zdaniem - naprawdę nieźle. Wybór filmów nieoczywisty, szeroki, przekrojowy zarówno w zakresie podgatunków, jak i geografii. Co oczywiście nie zmienia faktu, że nikomu się nie spodoba, bo każdy znajdzie film, którego nie znajdzie, albo zobaczy, że pozycja X jest wyżej od pozycji Y, a powinno być odwrotnie. Tak dla jasności - ja też nie jestem zadowolony. Niestety moje koleżanki i koledzy postanowili utopić dwie pozycje, które bez dwóch zdań w kanonie znaleźć się powinny.

Oto one:

11:16, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6