RSS
czwartek, 12 listopada 2009
Żmija - i co ja mam właściwie powiedzieć?

Może powiem najpierw, że od dziś codziennie jedna notka. Może z przerwami na dni, kiedy nie będę miał czasu. :)

Dzisiaj więc "Żmija" Sapkowskiego. Hmmm...

Z jednej strony - tyle lat czekania i tylko tyle? Dwieście pare stron opowieści, która mogłaby być początkiem czegoś większego, a sam autor się odżegnuje od kontynuacji, sugerując, że może komuś temat odsprzedać?

Z drugiej strony - tradycyjnie, jak zwykle u Sapkowskiego, czytało mi się to dobrze. Połknąłem całość w pociągu relacji Warszawa-Kraków i wcale nie pośpiechu, a na dodatek dopchnąłem jednym opowiadaniem Kochańskiego. Oczywiście, z jednej strony dlatego, że "Żmija" jest krótka, ale z drugiej - do samej lekkości stylu Sapkowskiego nadal nie można się przyczepić.

No i potencjał był. Bo przecież temat relacji człowiek-wojna w dzisiejszych czasach jest cały czas na topie. Może trzeba było się w niego zagłębić? Może uczynić z wojny Macedończyków i Anglików równoprawne wątki? Takie trzy przeplatające się historie? Na pewno nie zawadziłoby.

Potencjał był...

 

11:18, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 września 2009
A jednak czytam

Czemu "a jednak"? Bo po godzinie 24, gdy już a) wrócę z pracy, b) pobawię się z córeczką, c) położę ją spać, d) wstawię teksty i odpiszę na maile, zwykle ma się mało sił na czytanie. Ale próbować trzeba.

1) Mariusz Kaszyński - Martwe światło

Przyznam, że opowiadania Kaszyńskiego z "Księgi strachu" bardzo mi się nie podobały. Takie horrorowe produkcyjniaki, nużące i mało odkrywcze. Po książkę więc sięgałem bez specjalnego entuzjazmu (wydawca w osobie Niny Liedtke mnie bardzo namawiał). Przeczytałem więc - i nie powiem, że coś mi się odmieniło, ale jednak ma ta książką jedną cechę dość istotną dla horroru. Przeraża. I to na całe szczęście nie epatowaniem cierpień dzieci (co by sugerowała notka okładkowa), ale solidnym wpleceniem grozy do naszej codzienności, do sytuacji, które łatwo można sobie wyobrazić. I choć nie jest to rzecz doskonała (nie przekonują mnie np. sztywne wciąż dość dialogi), to jednak jakoś zapadła mi w pamięć. A właściwie - po prostu przestaszyła. I w sumie o to chodzi.

 

2) Anna Brzezińska - Opowieści z Wilżyńskiej Doliny

Wstyd się przyznać, ale znałem dotąd tylko "A kochał ją, że strach". A to najsłabsze opowiadanie tego znakomitego zbioru! Odważny pomysł na główną bohaterkę, ten przeszywający smutny nastrój całości, te świetnie odrobione realia średniowiecznego świata, no i ten motyw przewodni, że legendy zwykle nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością i dlatego właśnie są fascynujące... Rzecz po prostu piękna. Więcej napiszę w Esensji (jak się zbiorę).

 

3) Marcin Wolski - Agent Dołu

Marcin Wolski napisał kiedyś niezłą, dowcipną i nie przepełnioną bieżącą publicystyką powieść - tytułowego "Agenta Dołu". Teraz mamy kolejne wydanie z kolejnymi opowiadaniami "uzupełniającymi" fabułę oryginału. Uzupełniającymi, dodajmy, w sposób absolutnie żenujący. Szkoda czasu na te wszystkie "diabelskie dogrywki" i "czarcie pomioty".

 

16:30, konrad_wagrowski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 września 2009
"Largo Winch", czyli nie mam wiele do powiedzenia

Czy są jakieś przykazania blogera? Coś w stylu "jeśli nie masz czasu na mądrą notkę, wrzuć cokolwiek, byle był tylko jakiś ruch"? Jeśli tak - to w celu zasugerowania ruchu na blogu nadmienię, że napisałem recenzję "Largo Wincha" (filmu). TUTAJ.

Wiele do powiedzenia nie mam (bo i o czym w przypadku tego filmu?), więc może chcecie choć dodatkowo obejrzeć Melanie Thierry. TUTAJ.

 

14:47, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
Mój kanon wojenny

Jak zapewne część spośród tych czytelników, którzy kiedyś (jak sądzę) zawitają na tego bloga (bo obecnie chyba tylko boty po nim chodzą - żeby chociaż to), wie - zrobiliśmy w pocie czoła kanon kina wojennego. Ja tylko zgłoszę moje votum separatum do wyników. Trzy filmy, które oceniłem na maksa to "Czas apokalipsy" (miejsce 1), "Wielka ucieczka" (miejsce 2) i "Szeregowiec Ryan" (w naszym rankingu - miejsce 34). Tak niska pozycja tak ważnego filmu, który zupełnie odmienił podejście do kina batalistycznego, to ewidentny błąd. No ale cóż - tak wyszło.

Ale poza tym to moim zdaniem całkiem fajny ranking.

 

14:41, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 września 2009
A Bękarty po prostu rządzą

Mimo niekłamanej sympatii do Tarantino (ale nawróciłem się nie od razu), nie spodziewałem się, że "Inglorious Basterds" będą tak kapitalnym filmem. Dwie i pół godziny niesamowitej zabawy, o której postaram się napisać coś więcej w recenzji na poniedziałek. "Bękarty" są chyba najbliższe standardowej komedii z całej twórczości Tarantino - wiele elementów nastawionych jest po prostu na wywołanie szczerego śmiechu (choćby włoski akcent Brada Pitta). Ale przede wszystkim "Bękarty" naprawdę potrafią zaskoczyć. Bohaterowie okazują się inni niż się spodziewaliśmy, znikają z planu w momentacj co najmniej zaskakujących, końcówka idzie dużo dalej niż moglibyśmy oczekiwać. Dlatego też starajcie się niczego nie czytać o filmie przed seansem - w tym tej notki. Poza tym - kiedy ostatnio widzieliście film wojenny, w którym strzelanin jest może 5% a pozostałe 95% to gadanina, w większości o niczym? :)

Ach, no i ten kapitalny Christoph Waltz. Facet grywał sobie całe życie w serialikach typu "Telefon 110", a teraz zapowiada się, że będzie rozchwytywany. Rany, w scenie z nim Brad Pitt (Bradolf Pittler - ale to akurat z Bruna) po prostu nie istnieje.

A tu fotka nowej Umy Thurman.

 

12:07, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 września 2009
"Film" ssie

Spotkany wczoraj na "Bękartach wojny" kolega Alex nadmienił, że zajrzał na tego bloga, co tylko uaktywniło moje poczucie winy, że nic się na nim nie dzieje mimo szumnych zapowiedzi. No to niech się, kurna, wreszcie zacznie. Jakiś zachęcający komentarz pod którymkolwiek wpisem mógłby być pomocny (bo utraciłbym poczucie, że piszę na razie w kosmos).

O czym więc by tutaj... Wczoraj byłem na "Bękartach" i kupiłem nowy "Film". O "Bękartach" za chwilę, więc może o "Filmie". Cholera, znów przeczytałem go podczas konsumpcji hamburgera... Kolega Walkiewicz ciągle mówi, że popiera linię partii naczalstwa, które chce powiązać sztukę filmową z różnymi obserwacjami społecznymi (dlatego wciąż zaprasza do komentarza różnych profesorów), ale - na litość boską - czy musi to być robione w tak nudny sposób??? Coś tam o Janosiku, coś tam o Willisie, ale wszystko to "Ela Ciapara style". Nawet obiecująco zapowiadający się tekst o 12 najgorszych filmach wojennych (na szczęście żaden nie pokrywa się z naszą wręcz przeciwną listą), ale co z tego, skoro autorzy najwyraźniej omawianych pozycji nie oglądali, skoro twierdzą, że na koniec "Victory" Stallone STRZELA karnego. Do tego jak zwykle beznadziejnie nudny felieton Żakowskiego i recycling recenzji w DVD (na szczęście w normalnych recenzjac da się poczytać niektórych znajomych, choć Michał Walkiewicz ocenia "Casablankę" na 5/6. Wstyd).

Przestałbym kupować, ale na co będę narzekał?

14:29, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Mann daje radę

Ojej, czas zacząć realizować zobowiązania i zacząć pisać regularnie. Zacznę więc od "Wrogów Publicznych" obejrzanych dobre 3 tygodnie temu. Potem była Era Nowe Horyzonty, ale ona zasługuje na osobny wpis.

Od lat jestem zakochany w kinie Michaela Manna. To już chyba nieuleczalne. Podobało mi się poprzednie "Miami Vice", wszak przez recenzentów krytykowane za brak kolorowych koszulek i aligatora na smyczy. "Wrogowie publiczni" również nie zawodzą.

Dla jasności - nie oczekiwałem jakiejś wnikliwej analizy sytuacji społeczno-gospodarczej lat 30. i społecznych przesłanek fali bandytyzmu (czego - znów - oczekiwali recenzenci). Oczekiwałem klimatycznego kina gansterskiego, pomysłowych ujęć, Mannowskich pomysłów na wywoływanie emocji, ładnego wykorzystania muzyki. I dokładnie to otrzymałem. Film rozkręca się - po kilkudziesięciu minutach nie byłem jeszcze przekonany, ale gdy złapał oddech, nie miałem już wątpliwości. Obława (pierwsza) na Baby Face Nelsona doskonale trzyma w napięciu, nocna leśna strzelanina to najlepszy shoot-out, jaki widziałem od lat, natomiast finał to mistrzowstwo świata - bo przecież koniec losów Dillingera nie był jakoś bardzo widowiskowy od strony filmowej. Tu zaś - z pewnym szacunkiem dla prawdy historycznej - scena i trzyma w napięciu i oddziałuje emocjonalnie.

Ładnie też zaakcentowano zmianę warty w gangsterskim procederze. Kurcze, aż chciałoby się zrobić gangsterski maraton filmowy. Zacząć, powiedzmy, od Butcha i Cassidy'ego, potem obejrzeć "Masakrę w dniu św. Walentego" Cormana, poprawić "Małym cezarem" i "Nietykalnymi", potem "Wrogowie publiczni" i zwieńczamy wszystko "Ojcem Chrzestnym". I w ten sposób parędziesiąt lat historii Ameryki w jednym podejściu. :)

 

12:54, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lipca 2009
...3 ...2 ...1 ...Start!

Jak wynika z obsarwacji, nie ma Cię, jeśli nie istniejesz w blogosferze. Prasa o tobie pisze, dziennikarze szantażują, internauci pikietują w obronie - etc. etc. A jeśli nawet nie do końca tak jest, to z pewnością niedługo będzie. I ja chcę się załapać na ten tramwaj, więc rozpoczynam swój własny, autorski blog, na którym będę prezentował własne doświadczenia z (pop)kulturą, a czasami może coś więcej.

Tytuł wypożyczam sobie z własnego autorskiego cyklu felietonów na Stopklatce. Sam go wymyśliłem (tak naprawdę to moja żona), więc chyba mam nadal do niego prawo. A o nowych felietonach oczywiście będę informował. Najnowszy TUTAJ.

Założenie bloga oczywiście nie powoduje, że rezygnuję z bloga Esensji (wkrótce mała reaktywacja), mam zamiar również wskrzesić rozrywkowy blog "Aktoreczki". No i oczywiście priorytetem pisarskim zawsze pozostanie "Esensja".

No to chyba tyle o mnie na dzisiaj.

14:42, konrad_wagrowski
Link Dodaj komentarz »